“Keep On Rockin In The Free World” po polsku – wywiad z Bartkiem „Borówką” Borowiczem

Ania Grabowska, Magda Żmudzińska

Kiedy wiosną 2020 roku przyszła pandemia i wszyscy zostaliśmy zamknięci w domach, Bartek Borowicz, niegdyś dziennikarz, a od 15 lat „naczelny” małej agencji koncertowej Borówka Music najpierw odwołał ponad 100 (słownie: sto) zaplanowanych koncertów, po czym postanowił napisać książkę. „Borówka Music – 15 lat w trasie koncertowej” to historia powstania agencji, zbiór wspomnień, anegdot, felietonów, ale to także spora dawka wiedzy i swoisty przewodnik dla młodych zespołów oraz początkujących managerów muzycznych. To również ogromna dawka humoru, która jest chyba absolutnie niezbędna do ciągłego bycia w trasie. Jak wygląda taki tryb życia? Dość szczegółowo autor przedstawia to w swojej książce. A z całą pewnością – wie, co mówi. Przez 15 lat działalności na rynku zorganizował ponad 4200 koncertów. Tylko w 2020, pandemicznym roku zrobił ich aż 265. Ile koncertów zrobi w roku 2021? 500? – Czemu nie! Zapnijcie pasy, będzie się działo! 

Magda Żmudzińska: Jest takie powiedzenie: rzeczy niemożliwe robimy od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać.  Po lekturze Twojej książki i śledząc Twoją działalność na rynku koncertowym mam wrażenie, że zostało uszyte specjalnie pod Ciebie…

Bartek Borowicz: Nie wiem, czy to zdanie uszyte pode mnie, ale faktycznie czasami go używam. No bo takie cuda w pracy mi się zdarzają. Na przykład: poznałem rok temu 17-letnią dziewczynę i kiedy (niech będzie, że prosząc o cud) prosiła o pomoc w zorganizowaniu jej koncertów, na pierwszą trasę zabrałem ją już… dzień później! Mowa o Kathii. Miesiąc później, w środku pandemii, na 18. urodziny w prezencie dałem jej… rozpiskę jej pierwszej, pełnej, dwutygodniowej trasy koncertowej. I my tę trasę z Kathią zagraliśmy! W środku pandemii. Niemożliwe? A jednak! Kiedyś poznałem na showcase’ie Spring Break czeski zespół Teepee. Od razu wiedziałem, że chcę ich w swojej firmie Borówka Music, więc wieczorem już rozmawialiśmy przy piwie. Powiedzieli, że mają nóż na gardle. Zostali wykiwani i odwołano im trasę po Polsce, którą mieli zagrać za tydzień. Wynajęli busa, realizatora dźwięku, a całe dofinansowanie przepadłoby, jeśli tournee by nie wypaliło. Dzień później trzydniowa trasa była gotowa. Jeszcze coś na niej zarobili… Lubię czasem takie zadania specjalne na granicy cudu (śmiech).

Ania Grabowska: Czy kiedykolwiek wcześniej, kiedy jeszcze byłeś dziennikarzem, myślałeś o tym, żeby zajmować się organizacją koncertów? Czy sprawił to zupełny przypadek – ten jeden telefon, który uruchomił całą lawinę wydarzeń, w następstwie których to już się tak naturalnie potoczyło?

BB: Tak, trochę tak było, że ten jeden telefon wszystko ułożył. Wiesz, wcześniej marzyłem o tym, żeby pracować w dziennikarstwie i to swoje marzenie spełniłem. Był taki czas w moim życiu, że działałem jednocześnie w radiu, w „Gazecie Wyborczej” i w TVP (zawsze podkreślam, że wtedy TVP nie była telewizją rządową, jak jest teraz), i pisałem jako wolny strzelec jeszcze do różnych mediów. Nagle doszedłem do momentu, że żyłem z tego dziennikarstwa. To było takie: wow! Działo się to kosztem studiów, z których mnie wyrzucono.

MŻ: Studiowałeś dziennikarstwo?

BB: Tak, studiowałem dziennikarstwo, natomiast nie skończyłem go. Mam wykształcenie wyższe niepełne, bo nie obroniłem się, choć studiowałem prawie 7 lat. Zaangażowałem się w pracę, bo uważam, że dziennikarstwo powinno się praktykować i to jest w tym najważniejsze, ważniejsze niż wszystkie wykłady. Nie odebrałem nawet swojego papierka za licencjat, nigdy nie był mi potrzebny, nikt mnie o niego nie pytał. Miałem dużo większe doświadczenie niż moi koledzy ze studiów. Chciałem pracować w tym zawodzie, z nim wiązałem przyszłość. Nie sądziłem, że będę organizować koncerty. W dziennikarstwie się spełniałem i rozwijałem, kochałem ten zawód i do dzisiaj go kocham. Co jakiś czas wracam do niego. Ten jeden telefon faktycznie trochę zmienił… Ale też nie od razu, to trochę trwało. Od tego telefonu zacząłem robić koncerty w pewnej krakowskiej knajpie, choć, jak teraz z tej perspektywy patrzę, było to… śmieszną pomyłką. Lokal do koncertów w ogóle się nie nadawał, nikt tam nie czuł tego klimatu. Oni chcieli po prostu serwować jedzenie i wino, i zarabiać pieniądze. Ale u mnie, mimo wszystko, zapaliło to jakąś iskierkę. Decydującym momentem był przypadek – to, że na jednym z tych koncertów poznałem gościa, który grał jako songwriter (rzecz na tamte czasy jeszcze w Polsce raczej niespotykana). Bardzo przypadł mi do gustu zarówno jako człowiek, jak i muzycznie.  Mówię o Graftmannie – to z nim właśnie zacząłem robić regularne koncerty. Początkowo tak na partyzanta, bo cały czas pracowałem jeszcze wtedy w mediach.

AG: Organizowanie koncertów zaczęło Cię coraz bardziej wciągać?

BB: Tak, miałem w końcu możliwość zobaczyć, jak to wygląda od drugiej strony. Chodziłem na mnóstwo koncertów jako słuchacz, jako widz. I później, gdy mogłem doświadczyć na własnej skórze, jak to się robi od kuchni, stwierdziłem: „Kurde, super przygoda, wchodzę w to”. Z jednej strony czułem, że tracę to ukochane dziennikarstwo, a z drugiej strony stwierdziłem: „To jest to. Chcę iść w tę stronę”. Do dziennikarstwa w każdej chwili będę mógł wrócić, tak sobie tłumaczyłem.

MŻ: Nie kusiło Cię, aby wrócić do niego w dobie pandemicznego kryzysu?

BB: Rzeczywiście, wiosną, gdy zaczął się pierwszy lockdown, pomyślałem, że może bym wrócił do pracy w mediach. Mam oszczędności, więc nie miałem w sobie paniki, że one się za chwilę skończą i muszę działać już, z nożem na gardle. Ale postanowiłem, że jeśli np. ta sytuacja trwać będzie przez pół roku/rok, to wrócę do dziennikarstwa. Później natomiast pojawił się inny pomysł – napisania książki. I tu ponownie wszystko wydarzyło się przez przypadek. Teraz w ogóle żyję z niej i to jest jakiś absurd dla mnie.

AG: Dowiedziałyśmy się od naszych znajomych, którzy również kupili Twoją książkę, że nakład się wyczerpał i czekacie na dodruk.

BB: Dokładnie tak. Jestem mega miło zaskoczony, bo nie sądziłem, że tak będzie. Mówię uczciwie, bez żadnego takiego lukrowania. Sprzedałem 300 książek, robiąc akcję zbiórkową na jej wydanie. I zakładałem, że kto chciał, to już sobie wtedy właśnie ją kupił i że ponad to, co rozeszło się podczas zrzutki, sprzedam może jeszcze 30-50 sztuk. Poszło o wiele więcej…

MŻ: Wydałeś tę książkę z pomocą ludzi dobrej woli – znajomych: bliższych, dalszych…

BB: Ostatecznie tak, bo wcześniej szukałem wydawnictwa i żadne nie było zainteresowane współpracą. Szukałem, bo uznałem, że to jest super szansa. Jeśli mogę, to dlaczego mam nie spróbować? Przywołując zespoły, które wydają płyty własnym sumptem, to też uważam, że najpierw powinny spróbować znaleźć wytwórnię. I jak się nie dogadają albo uznają, że nie chcą, to nie, ale jednak warto dać sobie szansę. Zgłosiłem się do 20 wydawnictw, a odezwały się zwrotnie 3 z nich i wszystkie mówiły, że to jest niewykonalne, że nie ma opcji, żeby wszystkie etapy – napisanie książki, przygotowanie wydawnicze, promocyjne i publikację – zamknąć do grudnia. Uznałem więc, że zrobię to sam. I okazało się, że się da.

MŻ: Zbiórka środków poszła rzeczywiście zaskakująco szybko.

BB: Wsparcie, które otrzymałem od ludzi, było dla mnie ogromnym kopem do działania. Widzę, że dużo osób, które znam, kupuje tę książkę. Działa to trochę taką oddolną metodą polecania. Dostaję też recenzje. Mój kolega Łukasz, który czyta wszystkie muzyczne książki ukazujące się w Polsce, ocenił tę moją jako dobrą. Nie to, że świetną, ale dobrą. Powiedział, że większość książek, np. wywiadów-rzek pozbawiona jest tych „brudnych” historii, o których wiadomo, że się dzieją, ale z różnych powodów wycina się je przy autoryzacji.

AG: Faktycznie, często są dosyć zachowawcze.

BB: Drugi rodzaj książek to te pisane z perspektywy fana, który  wszystko traktuje, że tak powiem, na kolanach i z błogosławieństwem. Trzeci, najczęstszy typ książek to wydawnictwa faktograficzne – wymienianie mnóstwa rzeczy, co, nie będę ukrywał, jest dla mnie strasznie nudne, jak encyklopedia. Cieszę się, że udało mi się znaleźć zupełnie inną drogę, nie szukając też jej na siłę, wyszło to poniekąd nieświadomie. Zależało mi, żeby ta książka wyszła w 2020 roku, ze względu na 15-lecie Borówka Music, z czego, co ciekawe, zdałem sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy zacząłem pisać. Nagle, sprawdzając pewną datę, odkryłem, że siedzę w tym już 15 lat.

okładka autorstwa Dawida Ryskiego

AG: Historie podane w Twojej książce to nie tylko frajda dla fanów muzyki, ale też poniekąd poradnik dla młodych zespołów i młodych managerów. Wydaje mi się, że wciąż na naszym rynku nie ma odpowiedniego przygotowania, wystarczającej ilości szkoleń oraz materiałów dla adeptów zarządzania kapelami i trasami koncertowymi.

BB: W większości przypadków jest tak, że na kierunkach studiów związanych z muzyką czy podczas warsztatów muzycznych uczy na przykład manager jakiegoś znanego polskiego zespołu. I ok. Bo brzmi to fajnie, że będzie to manager popularnej kapeli. Tylko że on uczy laików, a ten jego zespół X gra koncerty dla tysiąca osób. Podam przykład Haresa, managera zespołu Happysad, którego bardzo cenię i którego zajęcia gorąco polecam. Prowadzimy warsztaty równolegle. I to absolutnie nie będzie zarzut w jego stronę. Chcę tylko pokazać, na czym polega różnica. Jego warsztaty są świetne, natomiast on opowiada o rzeczywistości, gdy pracuje się z zespołem, na którego koncert przychodzi tysiąc osób, którego umowa koncertowa ma siedem stron. Kiedy przyjeżdża do klubu, w raiderze technicznym są szczegółowo opisane wymagania – konkretnego rodzaju świateł powieszonych w określonym miejscu, konkretnego zaopatrzenia w garderobie czy hotelu o danym standardzie. Ale jeżeli słuchacze takich zajęć będą chcieli pojechać w trasę ze swoją kapelą, która dopiero zaczyna i na której koncert przychodzi 30 osób, to nie będzie tych świateł, nie będzie hotelu, nie będzie kanapek w garderobie i nie będzie butelki whiskey. Ja w takich realiach funkcjonuję na co dzień. I dla takich osób może być ta książka. Dla kogoś, kto pracuje z nieznaną kapelą czy kogoś, kto jest nieznanym muzykiem.

MŻ: Jak pięknie określił to Jarek Szubrycht: „koncerty zespołów, których nikt nie słucha, dla publiki, o której nikt nie pamięta”.

BB: Tak trochę jest, robimy koncerty na wsiach, robimy koncerty w malusieńkich miejscowościach. Sam z takiej małej miejscowości pochodzę. Nazywa się Ostrzeszów. I  uwielbiam takie mieściny, nie znoszę przyjeżdżać do Warszawy, męczę się w tym mieście. Wiem, że to śmiesznie brzmi, bo akurat siedzimy w centrum stolicy (śmiech). Lubię małe miasteczka, powiatowe, wsie. Czuję energię tych miejsc i tych ludzi. Lubię tam wracać. W książce piszę też między innymi o tym – dlaczego lepiej grać w tych małych miejscowościach.

AG: Dajesz szansę mieszkańcom tych miejsc być bliżej muzyki takiej granej na żywo, na ich własnym „podwórku”.

BB: Dokładnie, te osoby nie muszą się nagle pakować w piątkę do auta, zrzucać na paliwo i jechać do Wrocławia czy Poznania na koncert, tylko ten koncert przyjeżdża do nich. Ci ludzie to bardzo doceniają, a my lubimy dawać im tę możliwość. Teraz ze wspomnianą Kathią jedziemy w tajną trasę koncertową po mieszkaniach i też mamy zabukowane eventy w takich powiatach, o których pewnie mało kto słyszał, że w ogóle istnieją: Nisko, Lesko… A ja wiem, że tam będzie dobrze. Jestem o to spokojny.

MZ: Myślę, że ten czas pandemiczny zrewolucjonizuje rynek koncertowy… Paradoksalnie niewielka  Borówka Music radzi sobie aktualnie dużo lepiej niż giganci koncertowi.

BB: No tak, bo my przy lekkim odmrożeniu możemy grać.

MŻ: Macie też szansę dotrzeć teraz do nowej publiki. Spragnieni koncertów ludzie zwracają uwagę na te mniejsze, oddolne wydarzenia. Dzięki temu ta nisza ma szansę znacznie się poszerzyć.

BB: Absolutnie tak jest. Obostrzenia blokują możliwość organizowania większych wydarzeń, ale mniejszym uchylają furtkę. Ja z tego skorzystałem latem – i w 2020 roku zrobiliśmy łącznie… ponad 260 koncertów, z czego od marca do listopada zdecydowaną większość. Jakieś małe plenery, małe kluby. Stosowaliśmy się do obostrzeń na tyle, na ile się dało. Nie ukrywam, że czasami musieliśmy złamać prawo, robiliśmy koncerty tajne, nie ogłaszane nigdzie. Ale rzeczywiście jest też tak, że niektórzy ludzie powoli mają dość takich wyświechtanych rzeczy. Nagle okazuje się, że chcą pójść na koncert do kogoś do mieszkania albo chcą zobaczyć jakiś koncert w stodole, bo jest to odskocznia od pięćdziesiątego koncertu w klubie z super nagłośnieniem, rządzącego się innymi zasadami. Chcą po koncercie spotkać się z artystą i napić się z nim wina.

AG: Z całą pewnością na takich wydarzeniach panuje zupełnie inna atmosfera, poczucie wspólnoty, poczucie, że jest się faktycznie częścią czegoś wyjątkowego, a nie tylko jednym anonimowym punkcikiem w morzu głów.

BB: Na pewno tak jest. Wiadomo, że wielki rynek musi istnieć, bo to jest naturalny stan rzeczy. Też może i bym chciał, żebyśmy zagrali koncert na Wembley. Z drugiej jednak strony, jak patrzę na naszą działalność przez pryzmat tych 15 lat, to cały czas wolę jechać na koncert, gdzie jest 50-60 osób, gdzie po koncercie muszę pozwijać kable i zadbać o to, żeby wszystko się zgadzało, ale z połową tych osób mogę spędzić jeszcze czas do późnych godzin nocnych czy porannych, pijąc wino i rozmawiając. To jest super. Wiem, że byłbym bogatszy, gdybym miał większą agencję i organizował większe wydarzenia. Wiem, że mógłbym pracować z artystami bardziej znanymi. Pracowałoby mi się łatwiej, bo mógłbym grać np. dni miasta, grać koncerty na juwenaliach, ale mnie to w ogóle nie rajcuje. Robię kilkanaście takich koncertów w roku i to mi wystarczy, natomiast mnie kręci ta właśnie oddolność, to, że ktoś chce skrzyknąć swoich znajomych i zrobić sobie koncert w mieszkaniu, w ogródku. Że jest jakiś klub w małej miejscowości, który działa od kilku lat i w tym czasie „wyrobił” sobie publiczność, która jest faktycznie zorientowana i docenia, że ty tam przyjeżdżasz. To mnie nakręca. I tak też dobieramy artystów. Oni chcą po koncercie jeszcze spędzić z ludźmi czas do rana. Czasem się upiją, czasem nie. To nie o chodzi tylko o to. Po prostu jest kontakt z człowiekiem, pod różną postacią. Najczęściej są to długie rozmowy niemalże do świtu. Natomiast zespół w dużym klubie kończy koncert i idzie do garderoby. Zaprosi tam 10 swoich kumpli i tam albo później w hotelu kumuluje się wszystko.

MŻ: Chciałabym podjąć tu pewną zastanawiającą kwestię, o której piszesz w książce. Dlaczego Twoim zdaniem mamy w Polsce tyle świetnych zespołów, muzyków, artystów, którzy z powodzeniem mogliby robić karierę nie tylko na naszym rodzimym rynku, ale również za granicą, a jednak to się nie dzieje?

BB: Jest wiele powodów, dlaczego polskie zespoły nie robią kariery za granicą albo tak mało z nich ją robi. Moim zdaniem problem polega przede wszystkim na tym, że zespół, który zbudował sobie już jakąś popularność w Polsce, np. regularnie gra dla kilkuset osób, żeby pojechać za granicę musi się znowu cofnąć do tego momentu, kiedy przychodziła na ich koncerty publiczność rzędu kilkudziesięciu słuchaczy. I zwyczajnie im się nie chce. Takim klasycznym przykładem jest zespół Myslovitz, który miał swoją próbę ataku zagranicy. Grupa miała właściwie dużo rzeczy podanych na tacy, mieli nagraną płytę z angielskimi tekstami. Nie była ona może super strzałem, ale panowie byli obyci ze sceną, wiedzieli jak wszystko funkcjonuje, mogli śmiało ruszać na podbój. Zagrali trasę po Europie jako support Iggy’ego Popa oraz Simple Minds, natomiast nic z tego nie wyniknęło na dłuższą metę. Żeby to zadziałało, trzeba tam pojechać ileś razy i sobie to po prostu zbudować. Złapać kontakty na zasadzie choćby poznania kogoś w klubie, napicia się piwa z jakimś managerem, promotorem, agentem PR-owym. No i teraz masz do wyboru – albo iść w to, albo zagrać kolejny raz w Polsce pewną imprezę, wiedząc, że na 100% przyjdzie tysiąc osób i pieniądze będą się zgadzać. No więc nie chce się zespołom tego robić. To po pierwsze. Drugi powód jest taki, że niektóre zespoły silą się na to, żeby śpiewać po angielsku albo tłumaczą teksty na ten język. A wydaje mi się, że mogą paradoksalnie dużo więcej zyskać śpiewając po polsku. Przykładem niech będzie Kapela ze Wsi Warszawa albo Paprika Korps. Wykonawcy, którzy gromadzą publikę na koncertach za granicą, dla której atrakcyjne jest to, że może posłuchać muzyki w ciekawie brzmiącym języku. Tam przychodzi na ich koncerty po 150 osób – a to jest już duży potencjał. Po trzecie, Polska nie ma mocnego wsparcia w eksporcie muzyki za granicę. Dam przykład Wysp Owczych. Kraj ten ma taką politykę, że jeżeli zespół jedzie grać koncerty w Europę, czyli jak to określają: na kontynent, to oni dofinansowują przelot pierwszym samolotem z Wysp Owczych do jakiegoś miasta (zazwyczaj Kopenhagi). To już znacząco tnie koszty zespołom. W Polsce nie mamy żadnego wsparcia poza Instytutem Adama Mickiewicza, który od czasu, kiedy rządzi PiS, skręca bardzo w stronę wspierania głównie projektów ludowo-patriotycznych. Nie ukrywam, że to mi się nie podoba. Ale nawet jeśli Instytut Adama Mickiewicza dorzuci komuś pieniądze do takiego wyjazdu, to niestety, nadal nie ma tam na miejscu kogoś, kto by to pociągnął dalej. Nie mamy jako branża rozbudowanych kontaktów zagranicznych.

AG: Trochę wynika też to chyba z tego, że nie mamy nawet tu na miejscu dobrych managerów, promotorów, którzy mieliby kontakty poza granicami naszego kraju.

BB: Wynika to też trochę z naszej historii. Największe muzyczne rynki to USA i Wielka Brytania. Kiedy my byliśmy za żelazną kurtyną, oni mogli to wszystko przez lata rozwijać. My teraz to musimy gonić, co nie jest wcale takie łatwe. To jest jakby kolejny argument dla mnie, dlaczego jest nam trudniej, jadąc za granicę. Myślę, że Polska może nie jest też dla wielu słuchaczy aż tak atrakcyjnym kierunkiem. Już tłumaczę, co mam na myśli. Na przykład w Polsce plakat z informacją, że przyjedzie ktoś z Kanady czy Islandii powoduje, że jest już jakieś zaciekawienie tematem. My się śmiejemy w Borówka Music, że jeśli damy zespół no name z Islandii i no name z Polski na plakat, to na Islandczyków przyjdzie 30 osób, a na Polaków 5. To jest smutne, ale tak to działa niestety. Może więc Polska nie jest aż tak atrakcyjna za granicą? Tak sobie gdybam. Przede wszystkim jednak jako kluczowy wskazałbym ten pierwszy powód – że trzeba w busie swoje odsiedzieć i przejść tę naprawdę trudną drogę, żeby coś osiągnąć. Grupa Behemoth jest dla mnie przykładem zespołu, który zaczynał w taki sposób. Jedziesz busem, bez osobnego kierowcy (prowadzi kolega z zespołu), bez technicznego i całej świty, śpisz w klubie albo u kogoś znajomego. Tak wygląda rzeczywistość na początku grania za granicą. 

AG: Chyba że masz szczęście i współpracujesz z zagraniczną wytwórnią.

BB: Ale to się zdarza bardzo rzadko. Zazwyczaj to wygląda tak, że musisz sobie to powoli wypracowywać. Jechać tam raz, drugi, trzeci… Za każdym razem jest coraz lepiej. Poznajesz publiczność i ludzi z branży. Jeśli jesteś dobrym zespołem i zagrałeś koncert dla 20 osób i wrócisz tam za rok, to gwarantuję, że tych osób przyjdzie już 50. Bo i właściciel klubu stwierdza: „O, oni zajebiści byli, zaproszę moich znajomych” i ci, co byli, przyjdą jeszcze raz i zaproszą z kolei swoich znajomych, na zasadzie: „Stary, taki zespół z Polski widziałem. Chodźcie ich koniecznie zobaczyć”, ich kumpel powie: „E, z Polski? Pierdolisz..”, „Nie, nie, nie, idź, zobaczysz”. I faktycznie, to działa. My też właśnie tak budujemy publiczność w Polsce dla naszych zagranicznych artystów. Ale nikogo na siłę do tego nie namawiam. Zawsze możesz iść do talent show i zrobić sobie taką drogę na skróty.


MŻ: Tyle, że talent show też się rządzi swoimi specyficznymi prawami.

BB: Otóż to. I jednym z tych praw jest to, że masz sławę przez chwilę. Sam akurat wybrałem technikę grania dużej liczby koncertów, spotykania z ludźmi. W momencie, kiedy wydaję książkę albo jeden z moich artystów wydaje płytę i robimy np. zbiórkę crowdfoundingową, to ci ludzie są i mogę na nich liczyć. Nie jest tak, że oni nas zobaczyli kiedyś w telewizji, nacisnęli „lubię to” na Instagramie czy Facebooku i więcej nie mieli z nami nic wspólnego. Kiedy przyjeżdżamy do ich miasta, to oni są, bo kiedyś spotkali nas na koncercie, docenili, że do nich przyjechaliśmy. No i tak bym budował też karierę zespołów za granicą. Tylko zespoły nie mają na to siły i chęci. My też jako Borówka Music zrobiliśmy tych koncertów za granicą jakieś 400, ale z żadnym zespołem, przyznaję uczciwie, nie zbudowaliśmy sobie jeszcze jakiejś większej publiczności. Mamy natomiast grona fanów i miejsca-satelity, do których regularnie jeździmy – w Niemczech, Szwajcarii czy na Ukrainie. No, ale właśnie to tak działa, że trzeba jechać raz, „zarzucić wędkę” i wracać w te miejsca. Podam też przykład Ragnara Ólafssona, Islandczyka, z którym zagraliśmy 100 koncertów w Polsce. Zawsze gdy wracamy do konkretnych miast, mamy coraz więcej ludzi pod sceną. Zajęło nam to trzy lata, żeby sobie taką sytuację wypracować. Skoro rozmawiamy w Warszawie, to o niej opowiem. Na pierwszy koncert byliśmy w stanie ściągnąć 20 osób, teraz jesteśmy w stanie ściągnąć 5 razy tyle. Nie twierdzę, że to są wielkie ilości, ale te 100 osób sprawia, że ta trasa finansowo ma sens – jesteśmy w stanie więcej zarabiać, sprzedajemy więcej płyt, rozbudowaliśmy zespół itd.

MŻ: I to spowoduje, że za chwilę może przyjdzie 200 osób.

BB: Na to liczymy.

AG: Możemy z tego wysnuć wniosek, że dla naszych gwiazd, które osiągnęły już tutaj pewien status, nie ma zbytnio szans na zrobienie wielkiej kariery za granicą? Mają ją natomiast dopiero raczkujące na naszej scenie zespoły. Oddolny podbój świata.

BB: Musieliby ci nasi znani artyści zmienić tok myślenia. Znam przykłady polskich kapel, które wyjechały za granicę z nastawieniem, że przyjdą tłumy na ich koncert, a tymczasem zjawiła się tam ledwie garstka osób. Pojechali tam z całą świtą (realizator, kierowca, oświetleniowiec itd.), bo każdy chciał zobaczyć, jak to będzie, a okazało się, że było słabo.

MŻ: Zaczynałeś w czasach…

BB: Zamierzchłych (śmiech).

MŻ: Poniekąd (śmiech). Gdzie nie było Facebooka, Instagrama, gdzie może już nie trzeba było się łączyć z Internetem 30 minut przez TP S.A., ale gdzie nie było jeszcze tych wszystkich kanałów społecznościowych. Gdzie rządziło Gadu-Gadu.

BB: Pamiętam, jak ustawiałem sobie status na Gadu-Gadu w stylu: „23 luty Wrocław”, „27 luty Poznań”, bo tam w zasadzie mieściło się jedno zdanie. Wiele więcej informacji nie dałoby się podać, a chciałem,  żeby koledzy wiedzieli, że gramy, że jedziemy z koncertami.

MŻ: I mimo tego udało Ci się rozkręcić to wszystko.

BB: Udało, ale to głównie dzięki konsekwentnej pracy. Poprzez pracę u podstaw, powroty do tych samych miejsc. Swoją drogą, 80% miejsc, w których zaczynałem, dziś już nie istnieje. Mało jest w ogóle lokali, które przetrwałyby dłużej niż 8 lat. Ale my też zawsze szukaliśmy nowych możliwości, nowych klubów. Przez te wszystkie lata wyrobiliśmy sobie małą, ale wierną publikę, która w ciemno przychodzi na nasze koncerty, niezależnie od tego, czy znają miejsce lub samego wykonawcę. Ufają nam. Wiedzą, czego mniej więcej się spodziewać i wiedzą, że cokolwiek by to nie było, nie zejdziemy poniżej pewnego poziomu. I to jest dla mnie najlepsza opinia, bardzo mi to schlebia. Przychodzą do mnie ludzie po koncercie i mówią, że dzisiaj im się podobało mniej albo że dzisiaj było świetnie, ale przyszli i tak na koncert, bo robi go Borówka Music. Kwitnę wtedy. Kocham swoją pracę, mam nadzieję, że widać to też w tej książce. Mógłbym siedzieć w domu, naparzać tylko na komputerze i telefonie, a dziewczyny, z którymi pracuję, tour managerki, jeździłyby i ogarniały ten bałagan. Ale ja też cały czas jeżdżę w trasy i cały czas zwijam kable po koncertach, cały czas noszę graty, jestem wśród ludzi, czasem śpię na podłodze, bo nie mamy lepszego noclegu… Wybrałem taki styl życia – pracę połączoną z pasją.

MŻ: To chyba najpiękniejsze, co może być.

BB: Tak, zdecydowanie. Mam takich znajomych, którzy tuż po studiach postawili na stałą pracę, powiedzieli mi, ile zarabiają, a ja oniemiałem. To były na tamten czas jakieś niewyobrażalne pieniądze, zwłaszcza w małym miasteczku, z którego pochodzę. Nie miałem regularnej pracy, zarabiałem dużo mniej, natomiast był tu jeden ważny aspekt – powiedziałem im, że ja po prostu uwielbiam to, co robię. Oni żalili się, że nienawidzą tej roboty, ich szef jest straszny, atmosfera okropna, ale kasa się zgadza, więc tak to ciągną. I spotykam ich 10 lat później – sfrustrowanych, wkurwionych, życiowo niezadowolonych po prostu, a ja po tych 10 latach zarabiam wreszcie tyle, co oni albo prawie tyle, ale przy okazji kwitnę i chce mi się żyć.

AG: Jakie macie plany z trasami na ten rok?

BB: Chcę ruszyć jak najszybciej, rozpocząć najpierw od tajnej trasy po mieszkaniach, a jak tylko nas rządzący odblokują, odmrożą, to wystartować z normalnymi koncertami, mamy je już zaplanowane od marca. Na razie tylko z polskimi artystami, ale nasi zagraniczni czekają już także w blokach startowych.

AG: Orientacyjnie, ile koncertów planujecie?

BB: Jak najwięcej! Nie chcę rzucać liczbami, bo nie o bicie rekordów tu chodzi. Choć myślę, że gdyby poprzedni rok był normalny, byłby na pewno naszym rekordowym. Pomimo pandemii zrobiliśmy 265 koncertów. Teraz, jak tylko obostrzenia zostaną zdjęte, jesteśmy gotowi zrobić 2 trasy w ciągu jednego miesiąca. Ile więc koncertów w całym roku? 500! A co, niech to zabrzmi tak spektakularnie! (śmiech)

MŻ: Taki damy nagłówek – 500 koncertów w 2021 roku (śmiech).

BB: (śmiech) Ale ja mówię zupełnie serio. Jeśli tylko ograniczenia zostaną zdjęte, jesteśmy w stanie to zrobić. Sam je zabukuję.

MŻ: Zupełnie serio – ja Ci wierzę. Czy rosnąca ilość koncertów oznacza rosnącą ilość „borówkowych” artystów?

BB: Nie, niekoniecznie. My niespecjalnie też chcemy rozbudowywać ilość naszych podopiecznych. Ale przyznać trzeba, że zgłasza się do nas dużo zespołów.

AG: Czyli jednak ta scena, jako taka, rośnie.

BB: Zdecydowanie rośnie. I brakuje managerów. Dlatego sam też uczę, sprzedaję jak najwięcej swojej wiedzy, bo chcę, żeby oni byli, nie traktuję ich jako swojej konkurencji. Jeśli manager z konkurencyjnym dla mojego zespołem zagra gdzieś dobry koncert, to potem w to samo miejsce zaproszą też nas. I odwrotnie. Ta scena będzie się rozwijać i wzajemnie napędzać. Tak postrzegam Niemcy, które są moim zdaniem dla nieznanych kapel najlepszym krajem w Europie do grania. Tam tych klubów, zespołów i managerów jest mnóstwo. U nas kapel i miejsc jest już sporo. Ale managerów nadal mamy jak na lekarstwo.

MŻ: Niemcy w ogóle lubią taki underground.

BB. Tak, do tego lubią też sobie wyjść wieczorem, nawet w tygodniu, do lokalu, na piwko i posłuchać muzyków zbierających kasę do kapelusza. I mają to w naturze, że zawsze do tego kapelusza coś wrzucą. To pewnie kultura słuchania. Dlatego chcę, żeby u nas też było takich miejsc i ludzi jak najwięcej. Sam sobie chcę szkolić konkurencję, bo wiem, że to wszystkim zrobi dobrze.

AG: Będziesz robił w tym roku jakieś warsztaty?

BB: Jeśli tylko będziemy odmrożeni, to tak, jak najbardziej, czekam na to.

MŻ: Jakbyś miał zaczynać jeszcze raz – teraz, w 2020 roku, masz tyle lat, ile masz – zrobiłbyś dokładnie to samo? Alternatywna rzeczywistość: jesteś super wziętym dziennikarzem, rozchwytywanym przez największe stacje i dzwoni do Ciebie ten gość z Krakowa…

BB: Gdybym był tak super wziętym dziennikarzem, to pewnie by nie zadzwonił (śmiech). Zakładając jednak, że jestem tą gwiazdą dziennikarstwa, możemy założyć też, że mam kupę kasy. A jeśli bym miał, to wiem, co bym zrobił – otworzyłbym własną knajpę, bo stać by mnie było na to. I chodzi mi taki pomysł w ogóle po głowie. Organizowałbym sobie malutkie koncerty i serwował dobre jedzenie. I na pewno byłoby to w jakimś małym miasteczku albo na zupełnej prowincji. Znam takie lokale, które tak funkcjonują, gdzie przyjeżdżają ludzie z odległych miejsc, specjalnie do nich. 

MŻ: Nigdy nie jest za późno, żeby wywrócić swoje życie do góry nogami? Zacząć robić coś zupełnie innego?

BB: Nigdy. Potrzebna jest tylko konsekwencja, odwaga i pomysł. Jakbym miał coś doradzić przyszłemu managerowi, to powiedziałbym tak: codziennie, ale to dosłownie codziennie, poświęć 2 godziny na to, czym chcesz się zajmować w przyszłości. Znajdź sobie zespół, choćby znajomych, powiedz im, że będziesz ich managerem i autentycznie każdego dnia, zarezerwuj określony czas, żeby podzwonić, powysyłać e-maile, poszukać miejsc, gdzie moglibyście zagrać, poświęcić się promocji itd. Uważam, że w ciągu 3 lat jesteś w stanie zacząć z tego żyć, na początku skromnie, ale z upływem czasu, dobierając kolejny zespół, już na całkiem przyzwoitym poziomie. Jeśli raz gdzieś pojechałaś z dobrym zespołem, to zaproszą cię i drugi raz, z kimś innym. Znasz już managera, realizatora dźwięku, lokalne media, samo się wszystko napędzi. Na pewno łatwiej jest wywracać życie do góry nogami, gdy masz lat 20 czy 25, bo masz mniejszą odpowiedzialność, mniejszy ciężar nad sobą, nie masz kredytu czy dzieci, ale z drugiej strony nie uważam też, że mając lat 35 czy 40 nie można rzucić wszystkiego i zająć się czymś zupełnie nowym. Jedyne co, to bardziej cię wtedy bolą plecy (śmiech), bardziej będziesz odczuwać siedzenie po nocach, ale nie uważam, żeby to było niewykonalne. Wszystko jest tak naprawdę w głowie. W tym wszystkim jest też dużo przypadkowości, spontanicznych ruchów, które pociągają kolejne… Ale ja też o tym piszę w swojej książce „Borówka Music – 15 lat w trasie koncertowej”, że to jest jeden wielki zbiór przypadków i trzeba im pozwolić się po prostu wydarzać.

AG: Na koniec, pytanie z gwiazdką – jaka jest Twoja ulubiona Strona B?

BB: To skomplikowane. Nie jestem w stanie wybrać jednej jedynej strony B, którą najbardziej uwielbiam. Ale swego czasu zbierałem single różnych kapel i często na stronach B znajdowałem wspaniałe rarytasy – to wersja koncertowa jakiegoś utworu, to remiksy, to ukryta a zarazem wartościowe utwory… Często te strony B bardziej mi “siadały” niż utwór właściwy. Cieszę się, że powstaje wasz portal – wreszcie ktoś to “b-side’y” doceni (śmiech). 


Książka „Borówka Music – 15 lat w trasie koncertowej” ukazała się 20 grudnia 2020. 4 dni później cały nakład – 700 sztuk – był już wyprzedany. 21 lutego ukaże się drugie wydanie, z którego znaczna część również jest już „sold out”. Książkę wciąż jednak można zamawiać e-mailem pod adresem borowka.music@gmail.com Realizacją zamówień zajmuje się sam autor oraz jego 4-letni asystent Benek, w światku koncertowym znany pod pseudonimem Sleeping Stagehand – chłopak pomimo tak młodego wieku był już na 90 koncertach. Tak trzeba żyć.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Światła, kamera… Kid A!