To nie jest muzyka (tylko) dla smutnych ludzi. Mogwai – „As The Love Continues” (recenzja)

25 lat po premierze debiutanckiego singla Tuner/Lower Mogwai wydaje 10. album studyjny – As The Love Continues – który, choć oscyluje wystarczająco blisko charakterystycznego brzmienia grupy, aby wywoływać w słuchaczach poczucie czegoś dobrze znajomego, udowadnia, że zespół nieustająco potrafi także zaskoczyć.

Określany często mianem post-rockowego zespół Mogwai to z pewnością jeden z najciekawszych reprezentantów brytyjskiej sceny alternatywnej. Szkoccy muzycy mają na swoim koncie nie tylko wiele albumów (studyjnych, koncertowych, kompilacyjnych, EP-ek, remiksów itd.), ale także kilka ścieżek dźwiękowych. Twórcy filmowi i telewizyjni chętnie sięgają do twórczości grupy bądź proponując jej skomponowanie całego soundtracku, bądź po prostu wykorzystując jej pojedyncze utwory w swoich produkcjach. Zespół przez wszystkie te lata zdążył już wypracować sobie dość charakterystyczne brzmienie, na tyle specyficzne, że słuchacz mniej lub bardziej zaznajomiony z twórczością grupy nie ma problemu, aby je rozpoznać. Z drugiej strony jednak próżno szukać nam dwóch takich samych lub przynajmniej niemal identycznych w warstwie muzycznej albumów. Szkoci nieustająco poszukują nowych rozwiązań, eksperymentują z dźwiękiem i tym samym niezmiennie potrafią zadziwić i przyciągnąć uwagę odbiorców.

Prace nad As The Love Continues zespołowi pokrzyżowała pandemia. Według początkowego planu całość materiału miała powstać w USA, epidemia zatrzymała jednak muzyków w Wielkiej Brytanii. Grupa nagrywała więc płytę w Worcestershire w Anglii, a z producentem – Dave’em Fridmannem – mieszkającym w Stanach, łączyła się zdalnie, przez Zoom.  Choć krążek powstawał w czasie lockdownu gitarzysta Stuart Braithwaite podkreślił, że na przekór pandemicznym okolicznościom, niesie on pozytywny, optymistyczny przekaz.

Zespół z Glasgow przez lata pracował nad rozwijaniem narracji opartej o skokową dynamikę muzyki, doskonale oddającą zmienne nastroje utworów. Dynamika ta, choć tak niemiarowa, w dużej mierze pozostaje subtelna, zmysłowa. Brzmienie Mogwai niemal zawsze nastraja melancholijnie, przepełnia w pewnym sensie smutkiem, tyle że nie jest to smutek spersonalizowany – to raczej emocje, które znasz, ale nie daje się ich w konkretny sposób zidentyfikować. Dziwnie znajome, dziwnie przytulne.

Album to zestaw niemal hipnotycznych kompozycji, malujących przed naszymi oczami (i uszami) niezwykłe pejzaże dźwiękowe. Uproszczone rytmy perkusji ustępują tu pola pozostałym instrumentom oraz nowym teksturom, które przez całą płytę doskonale się przeplatają, budując niesamowite warstwy rytmiczne. Kompozycje tworzą doskonale uzupełniająca się całość i powinniśmy rozpatrywać je kompleksowo. Jest jednak kilka utworów, które w mojej ocenie zasługują na szczególną uwagę.

Mogwai to przede wszystkim muzyka instrumentalna, ale na płycie nie zabrakło także numeru, gdzie za mikrofonem staje Suart Braihwaite. Ritchie Sacramento, bo o tej piosence mowa, to z pewnością jeden z najmocniejszych punktów płyty. To refleksyjny, słodko-gorzki numer napisany w hołdzie zmarłym przyjaciołom Davidowi Bermanowi z zespołu Silver Jews oraz Scottowi Hutchisonowi z Frightened Rabbit.

Podczas gdy Ritchie Sacramento ma autentyczny, prawdziwy śpiew, mocny, oryginalnie zatytułowany Fuck Off Money oraz kosmiczny, przepełniony elektronicznymi zawijasami Here We, Here We, Here We Go Forever wykorzystują efekty vocodera autorstwa Braithwaite i Barry’ego Burns’a. To również, moim zdaniem, jedne z najjaśniejszych punktów albumu. Do moich ulubionych numerów należy także nietypowo radosny rocker, Ceiling Granny, który jest jak migawka z młodości zespołu… Przepełnione fuzzboxami gitary brzmieniowo przypominają tu nieco początkowe Dinosaur Jr czy Smashing Pumpkins.  

Wypuszczony jako singiel Dry Fantasy to jeden z najbardziej delikatnych utworów, jakie znajdziemy na tej płycie i jeden z moich zdecydowanych faworytów. Podobnie jak otwierająca krążek niemal hipnotyczna kompozycja To The Bin My Friend, Tonight We Vacate Earth, brzmiąca jak ścieżka dźwiękowa filmu, który jeszcze nie powstał, ale wydaje ci się, że już go widziałaś. Magia Mogwai. 

Na uwagę zasługują także eterycznie strunowy Midnight Flit z gościnnym udziałem Atticus’a Ross’a (kompozytora filmowego, a od 2016 roku także klawiszowca Nine Inch Nails) oraz Pat Stains z udziałem saksofonisty Colina Stetsona.

Album w pierwszym tygodniu od premiery znalazł się na 1. miejscach brytyjskiej oraz szkockiej listy OCC (odpowiednika polskiego OLiS-u). Promocji wydawnictwa towarzyszył koncert online’owy, podczas którego grupa zaprezentowała całość materiału. Wystąpienie to zostało bardzo dobrze przyjęte zarówno przez publiczność, jak i przez krytykę. Koncert wirtualny zdaje się tylko potwierdzać, że na żywo moc tej muzyki będzie wprost nie do opisania. Nie mogę się doczekać momentu, w którym będę mogła tego doświadczyć.

As The Love Continues to album, w którym można się zatracić. To echa melancholii The Cure, przestrzennych elementów post punka, subtelnie zmieniających się nastrojów. To rzeczywiście swoisty hymn dla wszechogarniającej melancholii, ale mam poczucie, że w ogólnym rozrachunku jest to jednak płyta radosna, to album, który faktycznie – potwierdzając słowa gitarzysty zespołu – nastraja optymistycznie. Na przekór moim znajomym, którzy w rozmowach o Mogwai tak właśnie zwykli mawiać – to nie jest muzyka (tylko) dla smutnych ludzi.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Kwiat Jabłoni: „Mogło być nic” – a jest dobra płyta! Recenzja na dwa głosy