fot.: Kumar
fot.: Kumar

Marta Zawadzka: „Uwielbiam współpracować z pasjonatami, bez względu na to, z jakiej są dziedziny” (wywiad)

Marta Zawadzka to polska malarka, której prace zobaczyć można na wystawach i targach sztuki między innymi: w Wielkiej Brytanii, USA, Monako, Holandii, Singapurze, Hongkongu, na Tajwanie, Filipinach, w Belgii, Meksyku, Francji, Niemczech, Dubaju, Australii, Kanadzie czy Malezji. Jej obrazy znalazły nabywców w 42 krajach, rozproszonych po wszystkich kontynentach. Znajdują się także w domu i studiu nagraniowym samego Slasha (sic!). Charakterystyczny styl artystki, wykorzystujący żywe, intensywne kolory i cechujący się niezwykłą ekspresją sprawia, że każda z jej prac to wyjątkowo energetyczne, ciepłe i napawające optymizmem małe arcydzieło. Tematyka obrazów obejmuje dość szeroki wachlarz zagadnień, naszą uwagę natomiast przykuły zwłaszcza fenomenalne portrety muzyczne, między innymi takich artystów, jak: Jimi Hendrix, Lemmy Kilmister, David Bowie, Freddie Mercury, The Beatles, Jim Morrison, Elvis Presley. Artystka współpracowała z takimi markami, jak Samsung, Grolsch czy Ikea. Poszerza horyzonty, podejmując się także kosmicznych, dosłownie i w przenośni, projektów. O swoich planach, zarówno tych zrealizowanych, jak i tych, które dopiero będą miały szansę się ziścić, o malarstwie, muzyce, tym co łączy te dziedziny sztuki oraz o tym, jak Slash trafił na jej obrazy, rozmawia z Magdą Żmudzińską.

Co było pierwsze u Ciebie w życiu – malarstwo czy muzyka?

Bez wątpienia malarstwo. Malowałam czy, ściślej rzecz ujmując, rysowałam – choć to bez znaczenia, bo to dla mnie jedno i to samo – od zawsze, odkąd pamiętam. W domu wszyscy mówili na mnie „artystka”, tylko wiadomo, to było raczej prześmiewczo, żartobliwie; wynikało to z dewastacji, które poczyniłam. Byłam dzieckiem, które rzeczywiście malowało… po wszystkim – po ścianach, meblach, podłodze. Dostałam kiedyś od dziadka marker, taki wiesz, gruby, kolorowy marker, który w tamtych czasach był zdobyczą ekstremalną i pomazałam nim całą lodówkę, całe linoleum. To oczywiście było nie od odmycia, nie do zdjęcia, nie do wymiany, jak to za komuny. Wojna totalna z tego była, ale cóż, koniec końców ją wygrałam (śmiech). Obok pseudonimu „artystka” w domu zaczęli mnie też nazywać Picasso. I to, choć nie było na serio, w jakimś stopniu mnie zdefiniowało. Ja w wieku tych mniej więcej 5 lat wiedziałam, kim jest Picasso, kim jest Matejko, wiedziałam, że są artystami, więc gdy rodzina nazywała tak również i mnie, zaczęłam się z nimi utożsamiać. To było takie dziecięce, naiwne myślenie, ale z perspektywy czasu uważam, że to było świetne, bo rzeczywiście, wtedy już jakoś wbiło mi się do głowy to, że – acha, oni malują i są artystami, to znaczy, że ja też. I to uczucie towarzyszyło mi całe życie, nawet wtedy, gdy wybierałam inne ścieżki, czy to nauki, czy pracy. Miałam to gdzieś cały czas w pamięci, nieustająco – w mniejszym lub większym stopniu – ta myśl mi towarzyszyła. Gdy szłam na studia szukałam czegoś, co będzie połączeniem rysunku i matematyki. Dlatego wybrałam architekturę, w zawodzie tym zresztą pracowałam potem wiele lat. Ale to malarstwo też cały czas się gdzieś tam przewijało. Wreszcie przyszedł moment, że postawiłam wszystko na jedną kartę.

No właśnie – byłaś architektem, uczyłaś geometrii wykreślnej, historii sztuki, przygotowywałaś uczniów do egzaminów na studia. Co spowodowało, że zdecydowałaś się rzucić to wszystko i w pełni poświęcić się malarstwu?

Wiesz co, ja to malowanie miałam ciągle w głowie, natomiast myślę, że to wszystko zbiegło się z moim rozwodem. No a jak już się zmienia, to się zmienia wszystko. Ja na początku nawet nikomu za bardzo nie mówiłam o tym, bo wiesz, jak to jest – powiesz ludziom „rzucam pracę i od teraz będę tylko malować” – to będą patrzeć na ciebie jak na wariatkę. Sama też się zastanawiałam, czy to dobry pomysł. Miałam mnóstwo obaw, czy na pewno dobrze robię, bo przecież tu kredyt, tu to, tamto, stała praca, itd. Nie byłam też nawet po ASP żeby mieć to zaplecze, choćby jakieś wystawy organizowane przez uczelnię. Musiałam zaczynać tak totalnie od zera, ale zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę. Myślę, że zadziałała tu determinacja. Było też jeszcze kilka dodatkowych czynników, które złożyły się na podjęcie tej – po latach stwierdzam, że dobrej – decyzji, które mnie bardzo otworzyły. Największym z nich był wyjazd do Belgii, w której ostatecznie zamieszkałam na jakiś czas. Zaraz po przyjeździe zapisałam się tam do szkoły językowej, na francuski. Szybko jednak zorientowałam się, że praca jest głównie w tej części flamandzkiej, czyli jednak język niderlandzki by się przydał. Zapisałam się na ten holenderski, tyle że on był prowadzony po… francusku, którego również poza podstawowym „bonjour” ni w ząb nie znałam, nic, zero. Do tego w grupie miałam też głównie Włochów, niemówiących w ogóle po angielsku (śmiech).

Niezły „Meksyk” (śmiech)

Tak! Totalny odpał (śmiech). Ale jakoś trzeba było sobie radzić i nawet udało mi się zdać egzamin językowy, z bardzo dobrym wynikiem. To wszystko było super, bo dużo klapek w głowie musiało mi się otworzyć. Spędziłam tam jeszcze kilka miesięcy i poprzestawiało mi się wiele w podejściu, zrozumiałam, że można, że da się, że świat  jest otwarty. To wszystko bardzo mnie otworzyło i właśnie tam, w Belgii, namalowałam pierwsze obrazy w innym niż dotychczas stylu. Myślę, że to był właśnie taki ważny, przełomowy moment.

Styl masz bardzo charakterystyczny, myślę, że gdybym weszła do jakiegokolwiek miejsca, gdziekolwiek na świecie i zobaczyłabym na ścianie Twój obraz, to wiedziałabym, że to Ty go namalowałaś. Kiedy ten sposób tworzenia się skrystalizował? Co przeważyło nad pójściem właśnie w taką formę ekspresji?

Na początku malowałam bardzo tradycyjnie, tyle że zawsze wiedziałam, że czegoś mi tam brakuje. W Belgii odważyłam się na takie stopniowe przełamywanie schematów, tam już zaczęły się pojawiać te pierwsze rozmycia, śmielsze kolory. Była tam taka sprzyjająca atmosfera. Później natomiast… pamiętam taką jedną śmieszną sytuację, która finalnie też okazała się ważną w tym procesie. Będąc w Warszawie poszłam na dyskotekę i tam, w klubie, podchodzi do mnie jakiś facet, obcokrajowiec, jak się okazuje z Miami, łapie mnie za rękę i mówi, dosłownie: „Muszę Ci pokazać obraz, jaki kupiłem do swojej kolekcji”. Zupełnie się nie znamy, ja nie znam jego, on mnie raczej też nie ma skąd kojarzyć, a tu bez żadnego small talku, wstępnej gadki, wyskakuje mi z tym obrazem… Ja natomiast, wiadomo, jak słyszę obraz, to z miejsca jestem zainteresowana tematem. Stanęliśmy więc w miejscu, gdzie było trochę ciszej, on wyciąga telefon, podtyka mi go pod sam nos, pokazuje zdjęcia tego radosnego, kolorowego obrazu i mówi: „Patrz, tak się powinno malować. Nie jakieś depresyjne badziewia. Ja jestem kolekcjonerem i jak ktoś chce mi wcisnąć jakieś smuty, odmawiam. Biorę tylko pozytywne obrazy. Malarstwo to ma być radość”. Zamieniliśmy te kilka zdań i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. No niecodzienna historia, ale fajna, taka, która też mnie na pewno w jakimś sensie otworzyła. Po tej rozmowie pomyślałam sobie, że wow, wreszcie ktoś mi wytłumaczył, na czym to wszystko polega (śmiech). Ja też później jeszcze dużo podróżowałam i gdzie nie pojechałam, tam zawsze chodziłam po galeriach. W nich także zobaczyłam, że to nie tylko ta klasyka, nie tylko te szarości, ale jest też miejsce na kolorowe maziaje, na jakiś taki powiew świeżości. Nie musi być tak, że patrząc na obraz musimy się umartwiać, że np. Judyta kogoś zabija i głowę ucina. Boznańska na przykład czy Beksiński – wielcy, wspaniali artyści, których szanuję i podziwiam, ale to nie moja bajka, nie w moim domu – na ścianie.

Prawda, z całym moim uwielbieniem dla Beksińskiego – również nie chciałabym codziennie po przebudzeniu patrzeć na jego obraz.

No właśnie. I wtedy zrozumiałam, że tak, ten randomowy facet ma rację… Wtedy właśnie to zaskoczyło u mnie i powzięłam takie decyzje – że tak chcę malować: kolorowo, pozytywnie; takie emocje chcę przekazywać. I super jest to, że jakoś mi się to udaje, taki przynajmniej dostaję feedback od ludzi, którzy kupują moje obrazy. Mówią, że sprawiają im one radość, że patrzą na nie z przyjemnością i że bije z nich dobra energia, że fajnie się z nimi zaczyna dzień. Na przykład zgłosił się kiedyś do mnie facet z Australii, kolekcjoner sztuki. Napisał mi, że jest sparaliżowany dość mocno, nie porusza się, generalnie nie opuszcza domu i jego jedyna radość z życia to to, że raz na jakiś czas kupuje sobie jakiś obraz i może się nim codziennie zachwycać. I spośród wszystkich dostępnych obrazów świata wybrał właśnie mój dlatego, że bił z niego taki optymizm. To też tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta obrana droga, jest drogą słuszną.

Marta Zawadzka

A czyj obraz powiesiłabyś na ścianie? I abstrahując już od tego, czy chciałabyś mieć pracę danego artysty nad łóżkiem czy nie – którzy malarze wywarli na Ciebie największy wpływ?

Ja od dziecka interesowałam się historią sztuki i od zawsze miałam również cel, aby jak najwięcej obrazów zobaczyć na żywo. Zwłaszcza tych, które były dla mnie szczególnie ważne. Jeździłam więc dużo po Europie, często głównie właśnie po to, żeby zobaczyć dzieła tych artystów na własne oczy. Np. do Bazylei, aby zobaczyć Van Gogha i Schiele’a, gdzie udało mi się też zobaczyć, jak się później okazało, znacznie ważniejszego dla mnie Rothko. A propos Rothko to oglądałam kiedyś taki świetny, czteroodcinkowy film dokumentalny o obrazach, które poruszyły świat i zmieniły oblicze sztuki. Była tam oczywiście „Guernika” też, no ale był również między innymi Rothko. I według autora dokumentu to on wielkim artystą był, ale kurczę – ten obraz, takie po prostu czarne na czarnym? No niby nie urywa. Fajnie, że zrobił coś takiego jako pierwszy, zastosował taką abstrakcyjną kompozycję, ale nadal jest to czarne na czarnym. Natomiast gdy zobaczył ten obraz na żywo, to go zamurowało. I ja miałam dokładnie takie same odczucia. Niby nic takiego, ale jak stanęłam przed nim, w realu, to po prostu w ziemię mnie wbiło, totalnie. Jaki tam jest przekaz w tym obrazie, nawet nie do końca jestem pewna, ale ja jestem też z tych, dla których przekaz – co autor miał na myśli – nie jest tak ważny, jak emocje, które towarzyszą odbiorcy. I tu, bez wątpienia, to wrażenie, te emocje, są niesamowite. Ale czy chciałabym żyć z tym obrazem na co dzień? Chyba nie. Natomiast wśród takich artystów, którzy na pewno w takiej prostej linii inspirowali mnie od zawsze, to na pewno jest Klem. I tak, jego z chęcią bym powiesiła na ścianie. Wiesz, ja ogólnie uwielbiam malarstwo, ono mnie całkowicie podpala, więc wiele nazwisk mogłabym tu wymieniać, ale na pewno te, które wskazałam, to te, które najmocniej mnie porwały.

Przeczytałam gdzieś, że inspiracji do tworzenia dostarczają Ci głównie podróże. Jak wygląda to teraz – gdy te możliwości przemieszczania się po świecie są tak mocno ograniczone? Gdzie szukasz bodźców?

No właśnie teraz powoli już zaczynają się schody. Wcześniej wyjeżdżałam bardzo często, przynajmniej raz w miesiącu. I to zawsze było dla mnie takim motorem napędowym. Podróż do przykładowo takiego Singapuru to coś, co mnie może trzymać przez kolejne pół roku nawet. A w międzyczasie dochodzą kolejne mniejsze lub większe wyjazdy, więc te bodźce po prostu się nie kończą. Tak naprawdę każda podróż miała wpływ na kolejne moje prace, na to jakich kolorów choćby używałam. Przykładowo Haga, w której spędziłam trochę czasu – gdy chodziłam tam na spacery, na to szaro-piękne wybrzeże, to w moich obrazach dało się później zauważyć więcej bieli, więcej szarości. Teraz, gdy podróżowanie jest mocno ograniczone, pojawia się problem, trzeba kombinować. Ostatnio zrobiłam kilka obrazów z pejzażami, które pamiętam z dzieciństwa. Zorientowałam się wtedy, że chyba kończy mi się pamięć podręczna, że trzeba się zacząć cofać wspomnieniami. Ale inspiracją samą w sobie może być, i dla mnie jest, też muzyka.

No właśnie, muzyka. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że muzyka to malowanie obrazów dźwiękiem, a obrazy, same w sobie, doskonale też potrafią oddawać muzykę. Czy te dwie dziedziny sztuki są według Ciebie powiązane?

Wiesz co, ja w ogóle to jeszcze jakoś tak bardziej całościowo, globalnie, patrzę na to wszystko. Bo to nie tylko malarstwo i muzyka. Tutaj moglibyśmy też dołączyć literaturę czy kuchnię … To wszystko jest ze sobą powiązane, o ile jest w tym jakaś iskra, dopóki wkładasz też w to całe serce. Podam Ci taki przykład. Mam kolegę barmana, który jest artystą pełną gębą… I teraz, zamawiasz u niego drinka cuba libre – najprostszy drink na świecie, niby nic takiego: rum, cola, limonka. Ale słowo daję, jak zrobi go Ernest, to każdy mówi, że to najlepsze cuba libre, jakie pił w życiu. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi, aby mieć ten jakiś dar, talent, ale też żeby mieć do tego serce. Wtedy cokolwiek by człowiek nie tworzył, czy jest to obraz, muzyka, czy choćby właśnie drink, wychodzi z tego prawdziwe dzieło sztuki. Muzyka jest mi absolutnie niezbędna, bo bardzo emocjonalnie na nią reaguję i bez tych emocji pewnie nie mogłabym malować, ale podobne przeżycia mogą wywoływać też te wszystkie inne rzeczy. Grunt, żeby zawsze był ten twórczy aspekt, żeby potrafić oddać się w pełni chwili, wejść w nią całym sobą. Mi udaje się to tylko przy malarstwie. Tylko gdy maluję jestem tu i teraz, wszystko odkładam na bok. To samo mają często muzycy. I myślę, że to też się przekłada na to, jak dane dzieło odczytują później odbiorcy, jak wchodzą w tę jakąś metafizyczną interakcję z twórcą, jak to czują. No, chyba że bardzo się bronią przed tym, to wtedy nie poczują choćby nie wiem co, ale to już inna historia.

Skoro już jesteśmy przy muzyce, to muszę Cię o to zapytać – jak to się stało, że posiadaczem Twoich obrazów – bo chyba ma ich kilka – został sam Slash?

Tak, tak, ma kilka, muszę pomyśleć chwilę ile… 3! Trzy obrazy i jeden print. A historia wyglądała mniej więcej, w dużym skrócie tak, że poszłam kiedyś do zaprzyjaźnionego Metal Baru na Starówce, gdzie pracował wspomniany już „cuba libre master” Ernest i gdzie ja sama na studiach też pracowałam, siedzę sobie, rozmawiam z kolegą barmanem „Żabą”, a za chwilę przy barze siada dziewczyna, która miała na sobie genialną chustę. I ja, jak to ja, mówię do niej, że ma super tę chustę i zaczynamy gadać. Okazuje się, że Kasia jest tak naprawdę polską Kanadyjką, mieszka tam od 3. roku życia, ale wpada do Polski czasem, no i teraz właśnie też przyleciała, jutro wraca, ale jeszcze przed powrotem do Kanady zajrzała sobie na Stare Miasto. Kolega barman na to, że w takim razie to on jeszcze piwo nam postawi i siedzimy tak sobie, z tym piwem, i gadamy jakbyśmy się od 100 lat znały. I w którymś momencie zobaczyła na moim telefonie zdjęcie obrazu, więc temat zszedł na to, że maluję. Poprosiła, żebym jej pokazała swoje prace, więc pokazałam to, co miałam w telefonie. No i wśród tych fotek był portret Jimiego Hendrixa. Spojrzała na niego i mówi: „Słuchaj, ja bym to koledze pokazała”. Jak powiedziała, tak zrobiła, a tym kolegą okazał się właśnie nie kto inny, jak Slash.

Wow, no to jest dopiero historia! Spodziewałabym się raczej, że wypatrzył jeden z Twoich muzycznych portretów na jakiejś wystawie albo gdzieś w social mediach.

No totalnie nietypowa akcja, ale super oczywiście. Generalnie Slash już ma kolekcję moich obrazów: dwa portrety Jimiego Hendrixa i portret Kilmistera. Tak naturalnie się to rozwinęło, bo przykładowo jeśli chodzi o ten obraz Lemmy’ego, z którym nawet dziś wrzucał zdjęcie na Instagramie, nie pierwszy raz zresztą, no to tu było tak, że ludzie z jego otoczenia skontaktowali się ze mną po śmierci Kilmistera, że on bardzo to przeżywa i czy nie namalowałabym portretu jego zmarłego przyjaciela, bo może by go to trochę podniosło na duchu. No i tak to z tym obrazem poszło. Wiem, że jeden Jimi wisi u niego w jadalni, pozostałe obrazy wiszą w jego studio. No i ma print Jimmy’ego Webba.

fot.: Gene Kirkland
Slash, Myles Kennedy i portret Lemmy’ego Kilmistera autorstwa Marty Zawadzkiej. Fot.: Gene Kirkland

A tak, wspaniały jest ten portret. Tak, jak i sam Jimmy Webb był wspaniałą postacią.

Człowiek legenda, bezsprzecznie. Stylizował i ubierał ich wszystkich, dlatego oni wszyscy tak wyglądają (śmiech). Po jego śmierci poproszono mnie, abym zrobiła duży portret i z racji tego, że było jakieś duże poruszenie na ten obraz, wiele osób go chciało, to zrobiliśmy z tego taki „limited edition print”. Slash dostał oczywiście print numer 1, tu nie mogło być inaczej. Reszta printów do dziś jest sprzedawana online przez sklep Jimmy’ego. To też dla mnie było niesamowite, bo dostałam tu tyle świetnego feedbacku od ludzi, którzy kochali Jimmy’ego, którzy go znali. Kupowali ten print i później do mnie pisali, że wow – świetna energia z tego bije, taka bardzo Webb’owa właśnie. Lepszego komplementu chyba nie mogłam dostać. Co do słów uznania od Slasha natomiast, to wiadomo, że to też dodało mi skrzydeł. On jest dla mnie ogromnym autorytetem, po pierwsze dlatego, że jest już też człowiekiem legendą, a po drugie, ponieważ jedyny plakat, jaki miałam za czasów nastoletnich, to był właśnie jego, wisiał nad moim biurkiem. Więc gdy ileś tam lat później on do mnie pisze: „Słuchaj Marta, zajebisty jest ten obraz, wisi u mnie w studiu nad biurkiem”, no to jest to dla mnie po prostu coś niesamowitego. To, że docenił też to, co ja robię, to że powiedział, że ten obraz do niego przemawia, że to jest właśnie taki Jimmy w 100%, że oddaje dobrze jego charakter – rewelacja.

Na żywo spotkaliście się pewnie przy okazji koncertu?

Tak, to było na koncercie w Krakowie chyba, jeśli mnie pamięć nie myli. No i to też było dla mnie ultra przeżycie. Bo siedzi sobie człowiek tu w Polsce i nagle dostaje SMS-a od Slasha, bezpośrednio: „Cześć Marta, widzimy się na koncercie. Bilet na Twoje nazwisko czeka w kasie, a po koncercie tam po lewej stronie Junior będzie na Ciebie czekać i wprowadzi Was na backstage”. Kosmos. Spotkaliśmy się tam i długo, długo sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, tematy same płynęły, jeden za drugim. Świetnie było, tak na luzie, bez spięcia i liczenia czasu. Wtedy miał jeszcze tego wolnego czasu więcej, odkąd Guns N’ Roses się zeszli, czas po koncercie jest już bardziej pocięty, wymierzony. Ale generalnie fajne spotkanie, fajny człowiek, fajna atmosfera. No i to z pewnością też taki fajny element budujący moją karierę od strony wizerunkowej. To również w pewnym sensie taki emocjonalny przełom, takie otworzenie się na zasadzie, że: „Acha, no to skoro już sobie tak ze Slashem siedzę i rozmawiam, to tak naprawdę z każdym mogę, nie ma rzeczy niemożliwych”.

Takie przełamanie barier, które często sami sobie w głowie stawiamy?

Tak, tak, dokładnie. Może dlatego też to się tak udało, bo on po prostu jest takim miłym gościem, takim bardzo na luzie… Z drugiej strony już później, jak jeździłam z wystawami po świecie, to także miałam same dobre doświadczenia z ludźmi, okazuje się, że to są zazwyczaj fajne, ciepłe osoby. Tyle, że ja też do tego bezpośredniego kontaktu wychodzę. Jak jestem na targach, to wychodzę do ludzi, chcę z nimi rozmawiać. Świetne jest to, że te relacje się budują. To nie jest tak, że ktoś kupuje obraz tylko dla dekoracji, ale w jakimś stopniu nawiązuje z tobą tę więź. Później często dzieje się tak, że ktoś kupił ode mnie jakiś obraz 2-3 lata temu, a na targach w dalszym ciągu przychodzi choćby po to tylko, żeby się przywitać i zamienić kilka słów. To jest wspaniałe.

Miałaś plakat Slasha, więc zakładam, że jesteś fanką Gunsów, ale chciałabym Cię zapytać – jakiej jeszcze muzyki słuchasz? Masz swoich ulubionych wykonawców?

Wiesz co, ja słucham wszystkiego tak naprawdę. To jest tak, jak z tym, o czym mówiłyśmy wcześniej, jak coś mnie złapie za serce akurat w danym momencie, no to jadę z tym. Jak jest jakaś piosenka, która da mi taką niesamowitą energię, to jestem w stanie na niej jeszcze ze 2 obrazy później namalować. Pamiętam, jak po jakiejś dłuższej przerwie usłyszałam Tilt i kawałek „Jeszcze będzie przepięknie”, nagranie koncertowe… No kurczę – to jaki tam jest nośnik emocjonalny, jaka siła – to mnie rozłożyło totalnie, na czynniki pierwsze i zrobiłam na tym kilka obrazów. Miałam też fazę na jeden kawałek Kanye’go Westa. Tu więc Tilt, tu Kanye, a ostatnio zapętlam Zdzisławę Sośnicką. Popłynęłam z nią, fenomenalna jest. Czyli to są totalnie różne rzeczy, ale ważne, żeby w każdej z nich była ta iskra, ten czynnik emocjonalny. Jestem też z osób, które jak już złapią się na jakąś piosenkę, to jadą z nią ze 3 dni, non stop, mielę i mielę, aż już przeżyję wszystko, co w niej było do przeżycia. Prawie w każdym gatunku znajdę coś, co mnie chwyci, natomiast jakbym miała określić, co mnie łapie najczęściej, no to pewnie byłby to jednak ten rock. Człowiek się na tym wychował, więc ciągnie go do tego, ten czynnik sentymentalny odgrywa też tu ważną rolę.

Muzyka w Polsce ma się całkiem nieźle – zarówno twórców, jak i odbiorców nie brakuje. A jak wygląda to w przypadku malarstwa? Czy jesteśmy narodem, który niewystarczająco docenia tę formę sztuki? W pewnym sensie ją marginalizuje?

Z pewnością nie jesteśmy Anglikami, nie mamy tradycji kolekcjonowania. I tu na pewno wpłynęła na to historia – i rozbiory, i PRL. W Anglii jest zupełnie inna filozofia życia, oni kolekcjonują dla przyjemności. Jest to też jakaś forma inwestycji, jest ten rynek wtórny, dość rozbudowany. Mam też taki świetny przykład: pisze do mnie chłopak, 18-20-latek, który zobaczył na stronie mój obraz i totalnie się w nim zakochał, musi go mieć. Pyta o cenę, ja mu podaję, a on mi odpowiada, że kurczę, pożyczył 200 funtów od dziewczyny, 500 od matki, kolejne 200 od znajomych i czy mogę mu dać rabat i czy może kupić to za tę cenę, bo bardzo chce, aby to był jego pierwszy obraz w kolekcji. I jeszcze dorzuca, że zawsze jak będę w Londynie, to u niego czy jego rodziny, czy znajomych, mogę się zatrzymać. No genialna historia, ujął mnie tym wszystkim bardzo. Wyobrażasz sobie u nas 18-20-latka, który zapożycza się po rodzinie i znajomych po to, żeby kupić obraz? I to taki normalny, imprezowy nastolatek, nie że jakiś geek totalny. Sprzedałam mu ten obraz, a on wysyła mi później zdjęcie, jak to wisi gdzieś wepchnięte między szafę a okno, gdzieś nad koszem z brudną bielizną, bo zwyczajnie w tym pokoju nie ma miejsca. Przeprasza mnie i obiecuje, że jak tylko będzie miał większe mieszkanie, to go lepiej wyeksponuje, ale teraz to jest jedyna ściana, gdzie może go powiesić. Kapitalne. Ale wiesz, to jest inny rynek, u nas takich tradycji nie ma i ja nie mam do nikogo o to pretensji, nas historia ukształtowała tak, a nie inaczej. Ale to się też powoli zmienia, chyba coraz bardziej się otwieramy.

Marta Zawadzka
Marta Zawadzka

Współpracujesz z galeriami w Anglii i USA, Twoje obrazy zwiedziły wystawy i targi w Singapurze, Hong Kongu, Monako, Meksyku, Niemczech, Kanadzie, Australii i wielu innych krajach. Czy możemy obejrzeć je także gdzieś w Polsce?

Ja jestem bardzo niezależnym artystą. I w zasadzie to dobrze, bo gdyby było inaczej, to pewnie nie pojeździłabym sobie tak dużo, nie współpracowałabym na przykład z Formułą 1. Teraz pracuję też na przykład z firmą, która robi podzespoły do łazików, tych, które lecą później na Księżyc. Chcemy zrobić wystawę przy okazji targów kosmicznych, wiesz, NASA, te sprawy. To są dla mnie świetne rzeczy, to jest dla mnie pożywka. Cenię sobie bardzo takie niejednoznaczne, nieoczywiste miejsca. Uwielbiam też współpracować z pasjonatami, bez względu na to, z jakiej są dziedziny. Jak są freakami, to na pewno się dogadamy. Jeśli chodzi o Polskę, to właściwie w tym momencie pościągałam wszystkie swoje obrazy, z całego świata, są tutaj, ale stacjonarnie nigdzie ich nie wystawiam. Na początku zeszłego roku planowaliśmy coś z fundacją Dom Ze Sztuką, ale podziało się jak podziało z pandemią i temat upadł. Na ten moment wszystko jest zamknięte. A co będzie dalej, to zobaczymy. Trudno cokolwiek planować. Na zeszły rok miałam świetne plany, bo miał być Teksas z moją siostrą, która ze mną współdziała. Miałyśmy już bilety, już znalazłyśmy sklep ze świetnymi butami w Dallas i co, nic z tego nie wyszło. Miało być Monako z jeszcze większym impetem niż zwykle. W tym roku Monako ma być też, ale czy ja się tam pojawię, nie wiadomo. Niemniej, to jest dla mnie super, że te moje obrazy, to, co ja mam nimi do powiedzenia, znajduje odbiorców na całym świecie. Ostatnio policzyłam, że moje prace znajdują się w 42 krajach na świecie, w najprzeróżniejszych kulturach – Tajwan, Kenia, Indie, USA, Kanada, Europa, Bliski Wschód itd. Wszędzie ludzie są inni, ale okazuje się, że wszędzie, na koniec dnia, chcą być po prostu szczęśliwi, chcą, żeby było fajnie, kolorowo, energetycznie. Dla mnie jest to bezcenne. To mój główny motywator. To, że ja wiem, że coś zrobię i ktoś odpowie na to. Miałam np. taki obraz, w którym się odwołałam do swojego dzieciństwa, do tego co mnie zdefiniowało – tych fresków-mesków, na podłodze – i zgłosił się do mnie facet z Tajwanu, że on koniecznie chce ode mnie kupić ten obraz, bo jak go zobaczył, to totalnie odleciał. To była dość szybka transakcja. Potem rozmawiamy o tym obrazie, chciał usłyszeć, co tam za nim stało i jak mu powiedziałam, to on na to: „Słuchaj, ja ten obraz kupiłem właśnie dlatego, że jak go zobaczyłem, to łzy w oczach miałem, bo to było dokładnie to, co moja córka malowała jak miała te parę lat… Teraz studiuje w Tajwanie sztukę.” No i to było dla mnie super, bo okazuje się, że te emocje, które wkładam w obraz, są do odczytania również po chińsku. To jest świetne.

Planować teraz cokolwiek trudno, ale załóżmy (i miejmy nadzieję), że świat za chwilę wróci do normalności – pierwsze wystawy i koncerty, na które chciałabyś pójść, to… ?

Wszystko bym chciała zobaczyć! Guns N’ Roses miało przecież być w 2020 roku, potem na 2021 odwołali, ale teraz znowu planują przyjechać. Co prawda mają być na Narodowym, gdzie nagłośnienie jest jakie jest, ale tak, to na pewno jest ten koncert, na który chciałabym pójść. Ale ogólnie jest tego sporo. Takim połączeniem muzyki i sztuki wizualnej miał być też wyjazd do Opery Berlińskiej, do tej mniejszej Sali kameralnej, zaprojektowanej przez Franka Gehry’ego. Na wystawy i targi też już bym się wybrała, gdziekolwiek by nie były. Wszyscy już chyba odczuwamy dotkliwie brak tych bodźców zewnętrznych, kontaktu ze sztuką, taką na żywo i kontaktu z ludźmi przede wszystkim. Miejmy nadzieję, że to zacznie już powoli wracać. Tego nam życzę.

Marta Zawadzka
Marta Zawadzka
  1. Uwielbiam styl Marty, a jeszcze bardziej samą Martę 🙂 Dawno temu była moją nauczycielką rysunku. Jej talent, energia i radość są uzależniają 🙂

  2. Uwielbiam obrazy Marty. Sama jest bardzo otwartą i pełną sympatii osobą. Poznałam ją uczęszczając w pierwszej ciąży do niej na warsztaty. Był to piękny okres w moim życiu. Potem namalowała dla mnie dwa obrazy artystek które sa bardzo ważne w moim życiu. Bjork i Eryke Badu. Teraz się ze mną przeprowadziły i wyglądają cudownie w moim nowym domu 😍 pozdrawiam zarówno Martę jak i fanów jej sztuki. Love.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Shtisel
Shmi Shtisel – Netflixowe arcydzieło serialowe, w którym emocje głównych bohaterów zaklęte są w muzyce