Kaśka Sochacka. Fot. Agata Trafalska
Kaśka Sochacka. Fot. Agata Trafalska

Kaśka Sochacka: Doceniam wszystko, co mi się po drodze przydarzyło (wywiad)

„Kaśka Sochacka to drobna blondynka z twardym kręgosłupem i niskim zachrypniętym głosem”, jak głosi notka biograficzna na Facebooku. Na pewno nie brakuje jej też cierpliwości  i samozaparcia – wiele lat czekała na swój moment, który zdaje się, właśnie nadszedł. O wydarzeniach, które tę drogę ukształtowały, muzyce powracającej jak bumerang, tęsknotach i spełniających się marzeniach z Kaśką porozmawiała Marta.

Marta: Rozmawiamy dokładnie miesiąc po premierze Twojej debiutanckiej płyty. Jaki minął Ci ten czas?

Kaśka Sochacka: Długo czekałam na ten moment. Jestem bardzo dumna z tego, co nam się udało stworzyć i szczęśliwa, że płyty można już posłuchać. 

Wiem, że to oczekiwanie trwało aż 7 lat od momentu podpisania kontraktu, jeszcze wcześniej próbowałaś swoich sił w Mam Talent i Must Be The Music. Jak przez ten czas zmieniło się Twoje podejście do tworzenia i komponowania? Jak myślisz, jak różniłaby się ta płyta, jeśli zostałaby wydana te 7 lat temu?

Myślę, że cały ten okres, o którym wspomniałaś, czyli od Mam Talent do dziś, to był czas mojego prężnego rozwoju. W Mam Talent przekonałam się, że mogę myśleć o muzyce poważnie. Po programie stworzyłam zespół i zaczęłam pisać swoje piosenki. Pokłosiem tej pracy nad autorskim materiałem był udział w Must Be The Music. Wtedy też poznałam Uzka z Jazzboy i podpisałam kontrakt płytowy, co wcześniej było moim marzeniem. Od tego momentu minęło 7 lat. Gdybym wtedy wydała płytę, to na pewno byłby to inny krążek. I szczerze mówiąc, może dobrze się stało. Ja nie patrzę wstecz, nie rozpamiętuję, nie myślę, co by było gdyby. Wszystko się wydarzyło tak, jak się wydarzyło i akceptuję to. Jest fajnie i się cieszę (śmiech).

Tak jak miało się wydarzyć.

Prawdopodobnie tak.

Zanim przejdziemy do muzycznej zawartości płyty – wiem, że dołączona jest do niej specjalna książeczka o nazwie Love Story, która opisuje Twoją stosunkową długą i wyboistą drogę do tego momentu. Jeśli miałabyś wybrać jednak trzy najważniejsze wydarzenia, które doprowadziły Cię do miejsca, w którym jesteś teraz – co by to było?

Hmm.

To trudne pytanie, wiem. Możesz wybrać więcej, jeśli chcesz (śmiech).

Doceniam wszystko, co mi się po drodze przydarzyło. Nawet te słabsze momenty i chwile załamania, bo wydaje mi się, że bez nich nie byłoby tego, co jest dzisiaj. Te wszystkie małe decyzje, małe kroki, małe cegiełki budują naszą rzeczywistość. Ciężko mi jest wybrać takie rzeczywiście trzy najważniejsze. 

Na pewno bardzo ważnym momentem w tej 7-letniej historii był jej pierwszy etap, czyli poznanie wspomnianego już Uzka – Pawła Jóźwickiego, który mi ten kontrakt zaproponował. On mnie w Must Be The Music usłyszał i coś do tych moich piosenek poczuł. Dla mnie to było bardzo ważne.

Drugi moment, który bym chyba wyróżniła to jednak to, jak po latach, kiedy z tym kontraktem nic się nie działo, a ja podejmowałam różnego rodzaju prace niezwiązane z muzyką, przyszedł taki czas, w którym zdałam sobie sprawę, że naprawdę nic mnie tak w życiu nie cieszy, jak robienie piosenek. Zrozumiałam, jakie to dla nie ważne, jak nie umiem bez tego funkcjonować. Zwolniłam się z pracy i postawiłam w końcu wszystko na jedną kartę. 

A trzeci moment to spotkanie z Agatą Trafalską dwa lata temu. To spotkanie bardzo dużo we mnie zmieniło. Otworzyłam się przed nią, pokazałam jej dema piosenek, których nikomu wcześniej nie pokazywałam (w tym m.in. Wiśnię czy Spędź ze mną trochę czasu jeszcze), przesłałam kilka swoich wierszy. Agata mocno we mnie uwierzyła i przekonała do tego, żebym tą swoją wrażliwość pokazała innym, nie wstydziła się tego. Zaufałam jej. 

I jeszcze czwarty moment, który muszę wyróżnić, to koncerty na trasie z Kortezem. Miałam możliwość przez chwilę pożyć w jego bajce i dzięki temu zyskać kilku słuchaczy, którzy się w tej mojej Wiśni zakochali. To były magiczne przeżycia. 

Te wydarzenia przyszły mi teraz do głowy, ale na pewno było jeszcze wiele innych, ważnych. 

Domyślam się. A co skłoniło Cię do dołączenia „Love story” do płyty? To jest jednak dość trudna historia – związku z wytwórnią, który możemy porównać do związku z partnerem, ze swoimi wzlotami, upadkami, zrywaniem, powrotami.

To był pomysł wspomnianego już Józka, szefa mojej wytwórni, który zadzwonił do mnie w Wigilię z życzeniami, ale zanim mi je złożył, powiedział: „Kaśka mam świetny pomysł! Napisz książkę i opisz to wszystko, co się u Ciebie wydarzyło” (śmiech). Od razu się za to wzięłam. I chyba po prostu też chciałam to opowiedzieć. Sporo było zakrętów i wiele rzeczy się wydarzyło w ciągu tych siedmiu lat. Dzisiaj patrzę na to wszystko zupełnie inaczej, ale wtedy, gdy to wszystko się rozgrywało, to było dla mnie tak bardzo ważne… a jednocześnie tak mi nie szło. Naprawdę ciężko to przeżywałam. Jednocześnie cały czas miałam w sobie ogromną motywację. Pomyślałam sobie, że ta moja historia może komuś pomóc, że jestem przykładem, że warto mieć do końca nadzieję, być cierpliwym i upartym. Poza tym, gdy to spisywałam, to automatycznie oczyściłam się z tego wszystkiego, posegregowałam sobie samą siebie w głowie. 

Takie katharsis.

Tak, trochę tak. I dopiero jak to wszystko spisywałam, to dotarło do mnie, jak mnie to wszystko dużo kosztowało wcześniej.

Z tego co czytałam, docierają do ciebie sygnały, że ta historia motywuje też innych do nie porzucania swoich marzeń. Wracając do realizacji Twoich wymarzonych celów – czyli płyty i Twojej twórczości – wspomniałaś przed chwilą, że czujesz się jednością z tym, co tworzysz.  Musiałaś jednak otworzyć się na innych, przy debiutanckim krążku współpracowałaś tekściarsko z Agatą Trafalską i produkcyjnie z Olkiem Świerkotem. Nie bałaś się wpuścić osób trzecich do swojego muzycznego świata? Jak mówiłaś w wywiadach, od dziecka piszesz wiersze. Nie czułaś w sobie oporu pozwalając komuś ingerować w Twoją twórczość?

Na płycie jest rzeczywiście kilka piosenek, które napisałam z Agatą. Bardzo dużo się od niej nauczyłam i bardzo jestem jej za pomoc wdzięczna. Tak jak wspomniałam, Agata mocno we mnie uwierzyła, wlała też we mnie dużo wiary, że to, co pisze jest dobre, budowała moją pewność siebie. Dużo dla mnie znaczyło to, że zawsze mogłam liczyć na jej opinie i rady, pomoc w wersach. A jeśli chodzi o Olka, to my z zaczęliśmy pracować razem już siedem lat temu, więc wcześniej mieliśmy taką rozbiegówkę (śmiech). Później przez wiele lat była cisza i w 2019 roku wróciliśmy do wspólnej pracy przy okazji EP-ki Wiśnia. To co było najfajniejsze w tej pracy, to to, że nie musiałam czasem nawet czegoś mówić, bo Olo już to wiedział i coś zmieniał, albo ja coś proponowałam i robiliśmy to razem. Bawiłam się świetnie, myślę, że on też. Wszystko tworzyliśmy bez napinki, swobodnie, tak, żeby nam się podobało. W tej współpracy byli też inni ludzie i szczerze mówiąc, zawsze się cieszyłam, gdy ktoś się do tego wszystkiego dołączał. 

Spoglądając teraz na zawartość Twojego krążka, jedna z piosenek – Mróz – jest starsza, napisałaś ją w 2014 roku. Kiedy  powstała reszta utworów?

Mróz to piosenka najstarsza z zestawu płytowego. Cała reszta to stosunkowo młodsze od Mrozu koleżanki, bo te piosenki powstawały w przeciągu ostatnich dwóch, trzech lat.

To czy w takim razie widzisz jakąś różnicę między Mrozem, który jest straszą kompozycją, a tymi nowszymi kawałkami?

Nie, raczej nie. Myślę, że to na pewno jest inny numer, trochę inna emocja w nim jest, ale wszystko to jest wciąż moje, więc ciągle czuję tutaj dużą wspólną płaszczyznę.

Przechodząc teraz do klimatu Twojego krążka, w notce prasowej możemy przeczytać, że na płycie pobrzmiewa nutka szlachetnego smutku. Jednak całościowo patrząc myślę, że nie jest to płyta przygnębiająca, wręcz przeciwnie. Jak sądzisz, w jaki sposób udało Wam się osiągnąć efekt dobrej melancholii, tego, że pomimo trudnych tematów poruszanych na płycie, słuchacz wyczuwa też radość i nadzieję?

Wydaje mi się, że to dlatego, że ja może też taka trochę jestem, że gdy się smucę to zawsze na końcu jest jakiś promyk nadziei i jak opowiadam o rzeczach, to nie opowiadam o nich ze złością. Staram się na życie patrzeć pozytywnie, choć dostrzegam dużo mankamentów. Może to dlatego.

A dlaczego akurat Ciche dni stały się piosenką tytułową?

Ciche dni to hasło, które jest bardzo szerokie w swojej interpretacji i wydawało nam się, że najlepiej oddaje to, co jest na płycie. Ciche dni to czas na przemyślenia, często – grube refleksje, rozliczenia z przeszłością, podsumowania, uświadomienie sobie bilansu zysku i strat w jakiejś relacji. Często po cichych dniach coś kończymy albo zdajemy sobie sprawę, jak druga osoba jest dla nas ważna. Jest w tym zawsze promyk nadziei. 

I wracamy tutaj znowu do tej dobrej melancholii, o której rozmawiałyśmy przed chwilą, do tego zwiewnego smutku. Tak jak mówisz w tych cichych dniach pomimo jakichś negatywnych emocji, jest też nadzieja.

Tak, bo to zawsze jest tak, że po burzy wychodzi słońce.

Nawiązując do Twoich przemyśleń, które przekazujesz w utworach – przeczytałam w jednym z wywiadów, że jesteś nazywana „piosenkową terapeutką”, ponieważ nazywasz emocje, o których ludzie nie potrafią rozmawiać lub nie potrafią ich zidentyfikować. I zgadzam się z  tym w pełni, Twoje teksty dotykają jakichś delikatnych strun wewnątrz słuchacza. Ale chciałabym Cię zapytać o Twoją perspektywę – kto jest takim piosenkowym terapeutą/terapeutką dla Ciebie?

Bardzo dużo jest takich artystów, których poszczególne piosenki mocno mnie dotykają. Zawsze szukam tego w muzyce. Lubię ten moment, gdy coś sprawia, że świat się zatrzymuje, że przystaje na chwilę, a słowa piosenki dotykają mnie gdzieś tam głęboko.

Skoro jesteśmy przy inspiracjach – słyszałam, że jesteś fanką zespołu Beirut i słyszę ich trochę w dęciakach w utworze Z soboty na niedzielę. Czy są jeszcze jacyś artyści, którzy wpłynęli na kształt Twojej twórczości?

Tych inspiracji było bardzo dużo. Podczas robienia płyty w słuchawkach przewijały się różne dźwięki. Na pewno jednak oprócz Beirutu wymienię Sharon Van Etten i Cigarettes After Sex. Wydaje mi się, że te inspiracje są mocno wyczuwalne. 

Chciałam wrócić teraz do tej przełomowej Wiśni, od której Twoja kariera nabrała rozpędu. Śpiewasz w tym utworze „wiosna wreszcie w mieście, a ja tęsknię”. Wiosna dopiero co się skończyła, mamy już lato w mieście, a czy nadal tęsknisz?

Tak, oczywiście, że tak (śmiech).

I jakie tęsknoty masz w sobie?

Bardzo tęsknię za normalnością, jeśli można powiedzieć, że wcześniej było normalnie.  Za ludźmi, za spotkaniami, za koncertami, festiwalami, za podróżami. 

No właśnie, przez ostatni rok byliśmy głównie zamknięci w czterech ścianach. Czy brak kontaktu z innymi ludźmi wpłynął jakoś na Twój sposób pisania, czy coś się zmieniło przez ten czas?

W tej materii nic się nie zmieniło, choć można powiedzieć, że w pandemii tych bodźców było stosunkowo mniej… Z drugiej strony było też więcej czasu, żeby sobie pogrzebać w głowie i pobyć samemu ze sobą, zmierzyć się z pewnymi rzeczami, na które człowiek nie miał czasu, bo zawsze był w pędzie, zawsze coś robił. Nagle był ten czas, żeby sobie usiąść i się skonfrontować ze wszystkim.

Wydaje mi się też, że płyta Ciche dni powstawała w większości podczas pandemii, prawda?

Pracę nad płytą rozpoczęliśmy jesienią 2019 zaraz po skończeniu EP-ki. Ale wtedy była też trasa z Kortezem, więc tego czasu było stosunkowo mniej, bo trasa była dość intensywna. Po niej natomiast przyszła pandemia. Przez pierwsze trzy miesiące nie pracowaliśmy w studiu tylko staraliśmy się pracować na odległość – wtedy udało nam się z trudem dokończyć piosenkę Jeszcze. W czerwcu już jednak wróciliśmy do studia i ruszyliśmy pełną parą. Można śmiało powiedzieć, że jest to pandemiczna płyta.

Czy widzisz jakieś plusy lub minusy tworzenia podczas pandemii? Wcześniej nagraliście EP-kę w normalnych warunkach, a Twój debiutancki krążek można nazwać, jak wspomniałaś, pandemicznym.

Poza oczywistymi minusami, jeśli miałabym szukać jakichś pozytywnych stron, to może fakt, że nie było koncertów i dzięki temu mieliśmy więcej czasu, aby skupić się na tworzeniu tego krążka.

Kończąc naszą rozmowę, chciałabym wrócić do początków mojej przygody z Twoją muzyką – Zachody to była pierwsza Twoja piosenka, która zawitała w moich głośnikach. Śpiewasz tam „tyle mam, tyle chcę”. W ostatnim czasie spełniło się zapewne jedno z Twoich marzeń – wydałaś płytę, dużo się dzieje, wygrałaś też plebiscyt „Sanki” Gazety Wyborczej, a czy wciąż „tyle chcesz”? Jakie są Twoje muzyczne marzenia?

Jedno z największych się właśnie spełniło. Chciałabym na pewno zajmować się już tylko muzyką, koncertować, wydawać kolejne płyty i nie musieć wysyłać kolejnych CV do firm o profilu ekonomicznym (śmiech). Co do kolejnych marzeń to są, tworzą się oczywiście. Myślę, że gdy będą się spełniać, to na bieżąco będę o tym trąbić (śmiech). Na przykład kiedyś moim marzeniem było zobaczyć swoją płytę w Empiku na regałach z napisem TOP.  To się ostatnio spełniło. W przeszłości wielokrotnie stałam przy tym regale, przeglądając płyty i myślałam: „ale byłoby super kiedyś też się tu znaleźć”. I spełniło się! Nic, tylko marzyć. 

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Taco Hemingway, fot.: mat.prasowe
Rap zaangażowany: wybrane hip-hopowe opowieści o Polsce