Kathia. Fot. Andrzej Majos.
Kathia. Fot. Andrzej Majos.

Kathia: „Jestem szczęściarą, to na pewno” (wywiad)

Magda Żmudzińska, Ania Grabowska

Od początku pandemii zagrała ponad 100 koncertów, zarówno w Polsce, jak i za granicą; jej debiutancka epka w ciągu kilku dni od premiery została płytą tygodnia portalu Onet; niedawno zdała maturę, wybrała studia i aktualnie pracuje nad pierwszą długogrającą płytą. 19-letnia Kathia, czyli Kasia Półrolniczak, to pochodząca z Poznania songwriterka o oryginalnym głosie, wyjątkowej wrażliwości, niesamowitej dojrzałości emocjonalno-artystycznej i… świetlanej przyszłości – bo jesteśmy pewne, że przy takim talencie, takiej osobowości i z takimi ludźmi u boku – taka właśnie przyszłość ją czeka.

M.: Wiemy, że jesteś świeżo po maturze więc musimy zapytać – jak poszły Ci egzaminy w tych dziwnych, trudnych czasach?

Bardzo dobrze, aż sama się zdziwiłam, serio! Jestem z matmy straszna, naprawdę straszna, a tak przycisnęłam jakoś, że mimo tej zdalnej nauki, tych koncertów i natłoku różnych obowiązków dostałam 93%, także na pewno było to dla mnie duże i miłe zaskoczenie. (śmiech) Cieszę się, dostanę się na studia.

M.: Gratulacje w takim razie! Podziwiam, bo mi z matematyką też nigdy nie było po drodze i cieszę się, że na mojej maturze, która była już daaaawno temu, nie była obowiązkowa. (śmiech) A propos matur, przypomniał mi się dziś temat, który wybrałam na pisemnym egzaminie z języka polskiego: „Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że twórców, którzy dają ludziom chwilę radości, powinno się cenić wyżej niż tych, którzy każą im płakać?” Co prawda na maturze mieliśmy się odnieść do wybranych dzieł literackich i filmowych, ale myślę, że zdecydowanie możemy potraktować to szerzej i odnieść się również do wszystkich pozostałych dziedzin sztuki, w tym z całą pewnością do muzyki. I tu zastanawiam się – jak Ty odpowiedziałabyś na to pytanie?

Kurczę, myślę, że coś, co zmusza nas do płaczu, daje nam oczyszczenie zdecydowanie w większym stopniu niż coś, co sprawia, że po prostu dobrze się bawimy. Jeśli chodzi o mnie, to gdy mam, powiedzmy, straszny czas, gorszy humor, i idę na koncert np. Henry’ego No Hurry’ego, z naszej agencji Borówka Music, który pisze takie piękne, bardzo emocjonalne piosenki, no to wychodzę z niego taka oczyszczona i czuję się taka zrozumiana – że nie tylko ja tak w życiu mam. Mnie w ogóle kontakt z muzyką bardzo pomaga, ta emocjonalna część tego wszystkiego – zarówno tworzenia, jak i po prostu słuchania muzyki. To jest dla mnie bardzo ważne. Tylko muszę uważać też ze słuchaniem cały czas takich melancholijnych piosenek, bo jestem tym typem, który lubi pogłębiać swoje smutki, rozdrapywać rany. A myślę, że to ważne, żeby uczyć się tego, by czasem odpuścić, nie poddawać się zawsze temu nastrojowi.

A.: Z drugiej strony, wielu artystów mówi, że w tych euforycznych stanach, kiedy są weseli, kiedy towarzyszy im radość, jest im trudniej pisać.

O tak, totalnie! Ja napisałam może z 3-4 szczęśliwe piosenki. Chociaż nie, może więcej, ale one nawet kiedy są szczęśliwe, to tak nie brzmią. Ta melodia zawsze jest jakaś taka ciężka. Piszę mniej szczęśliwych utworów, bo te teksty wydają mi się trochę płytkie. Jak w ogóle pisać o tym, że och, jaka jestem szczęśliwa? Tak dziwnie, prawda? Wydaje mi się, że wszystko lepiej brzmi, gdy płaczę, gdy jest ciężej, gdy są te metafory. Ale może się nauczę jeszcze pisać radosne kawałki.

M.: Może to jest kwestia tego, że łatwiej wyrazić pewne emocje poprzez muzykę czy przelać je na papier, łatwiej powiedzieć w ten sposób pewne rzeczy, uporać się z nimi. To jest swego rodzaju autoterapia.

Na pewno! To się samo przelewa na papier, na nuty. Myślę, że czuje się większą potrzebę sięgnięcia po pióro, gitarę, pianino, gdy przeżywa się jakieś cięższe chwile, niż gdy się jest w euforii. W euforii zazwyczaj chcesz pozostać, a jak jesteś w jakimś ciężkim stanie i piszesz piosenki, to właśnie po to, aby z tego stanu się wyrwać. Liczysz na to, że to ci pomoże i że pomoże też potem innym.

M: Twoje dotychczasowe kawałki są głównie w języku angielskim. Czy łatwiej jest Ci powiedzieć o pewnych rzeczach po angielsku niż po polsku? Pewne rzeczy brzmią lepiej, mniej krępująco, czasem mniej, a czasem może właśnie bardziej dosadnie?

Myślę, że tak, że po polsku trudniej jest pisać o pewnych rzeczach. Czasem coś, co brzmi po angielsku dobrze, po polsku wydaje się np. bardzo infantylne. Albo inaczej – coś, co po angielsku brzmi gładko, po polsku byłoby strasznie ciężkie, toporne. Po angielsku wszystko brzmi inaczej, słowa są bardziej miękkie, plastyczne, wszystko można pięknie opisać. Zdarzało mi się tak, że jak coś, co napisałam bez większego zastanowienia, brzmiało dobrze, to ten tekst mógł po prostu zostać taki, jaki jest. Nie musiałam za bardzo kombinować, zagłębiać się aż tak bardzo w tę sferę liryczną. Teraz natomiast odcinam się już od pisania po angielsku, bo czuję, że polski to jest ten język, w którym chcę komunikować się z ludźmi, chcę, żeby słuchacze mnie bardziej rozumieli. Ten angielski to jest jednak trochę bariera. Nawet jeżeli ktoś zna go bardzo dobrze, a usłyszy ten sam przekaz w swoim własnym języku, to chyba bardziej to do niego trafi. Ale pomijając już nawet ten aspekt odbioru moich utworów przez słuchaczy, to po prostu jest też taki moment, w którym ja poczułam, że tak – teraz chcę pisać po polsku. Płyta będzie więc cała w naszym rodzimym języku i będzie w totalnie innym stylu niż epka. Jestem z tego strasznie dumna, że ludzie będą mogli ją dobrze zrozumieć, odtworzyć i się do niej odnieść.

M.: Nie mogę w takim razie doczekać się tego materiału! Ale wracając jeszcze do języka angielskiego, to muszę Ci powiedzieć, że słuchając Twoich kawałków nie sposób wychwycić, że jesteś z Polski. Brzmisz bardzo autentycznie, jak ktoś, dla kogo angielski jest jednak tym pierwszym językiem. Wiem, że muzyka jest z Tobą od zawsze, ale mam wrażenie, że język angielski również?

Tak, tak naprawdę od dziecka miałam styczność z angielskim, od dziecka lubiłam się go uczyć. Chodziłam do dwujęzycznej szkoły, gdzie miałam tygodniowo 10 godzin angielskiego. Wiele nauczyłam się też z seriali, YouTuba i oczywiście piosenek. Uwielbiam ten język, ale mimo tego, aktualnie chcę od niego odejść przy pisaniu tekstów.

A.: Ubiegły rok miałaś bardzo intensywny. Raz, że jeszcze byłaś w liceum i przygotowywałaś się do matury, dwa – wyszła Twoja epka i wreszcie trzy – zagrałaś mnóstwo koncertów, co zważywszy na pandemiczne okoliczności, było naprawdę niezłym wyczynem. Czy w tym roku dajesz sobie więcej oddechu, więcej przestrzeni, czy idziesz za ciosem i nadal będziesz starała się żyć na równie wysokim poziomie intensywności?

Na pewno nie będę grała tyle, co w zeszłym roku. Ja do tej pory zagrałam ponad 100 koncertów i przyznam, że trochę się tym zajechałam. Występuję praktycznie z tym samym materiałem cały czas, oczywiście nieco go zmieniam, nieco modyfikuję, ale styl jest niezmiennie ten sam. Ostatnio zaprosiłam do wspólnego grania mojego brata, jako gitarzystę. Dodałam flet poprzeczny. Ale czuję, że muszę odpocząć, zmienić utwory, pójść w tę polską płytę, którą teraz robię. Potrzebuję trochę czasu na pracę nad tym albumem w moim studiu domowym, na odpoczynek po maturze i w ogóle po szkole, która była naprawdę ciężka. Uczyłam się w drodze na koncerty, przed koncertami, to serio było wyczerpujące. Muszę zrobić sobie po prostu prawdziwe wakacje, wyjechać w Bieszczady, dać sobie tę przestrzeń – i na rozwój osobisty, i na muzyczny. I wrócić z pełnym powerem.

A.: A czujesz się szczęściarą, przy całym tym biegu różnych przypadków i zbiegów okoliczności, które doprowadziły Cię tu, gdzie jesteś?

Myślę, że to w ogóle tak jest w przypadku większości muzyków, że to gdzie są, to jest ileś procent talentu, ale też jest to ogromny procent szczęścia. I ja tego szczęścia miałam naprawdę dużo. Na pewno jestem szczęściarą, że poznałam Bartka Borówkę z agencji Borówka Music, że poznałam Ragnara Ólafssona, z którym zagrałam kilka numerów, że oni mnie po prostu poprowadzili tą ścieżką, że Bartek nadal mnie prowadzi. Doceniam bardzo to, że to się wszystko rozwija, że ludzie zaczynają słuchać moich utworów, kojarzyć moje piosenki. Jestem szczęściarą, to na pewno. I rzeczywiście – trzeba sobie o tym przypominać, żeby nie umknęło to gdzieś w codziennym pędzie, ta świadomość całego dobra, które mnie spotkało, ale i ciężkiej pracy, którą w to wszystko włożyłam i bez której to wszystko nie mogłoby się wydarzyć. Bo gdyby nie ta praca, gdyby nie moje przygotowanie, to Bartek nie mógłby mnie wziąć, praktycznie z dnia na dzień, w trasę po Czechach i Niemczech, nie dostałabym się do tej agencji koncertowej.

M.: W ciągu kilku dni od premiery Twoja epka została płytą tygodnia portalu Onet. Dość szybko też wyprzedaliście w całości pierwszy nakład albumu. Spodziewałaś się takiego obrotu spraw?

Raczej nie, nie myślałam w ogóle o tym, że to się może tak potoczyć. I o tym też powinnam sobie codziennie przypominać. Ostatnio zostałam też stypendystką miasta Poznania i to też jest wielka rzecz, ale to też musiało mi powiedzieć kilka osób, uświadomić mi to w pewien sposób. Myślę, że ja patrzę na to wszystko często z niedowierzaniem, że nie doceniam siebie. Muszę częściej spoglądać na siebie z boku albo z perspektywy tej małej dziewczynki, która od zawsze chciała grać, śpiewać i udzielać wywiadów i przypominać sobie, że to się właśnie dzieje.

A.: Wzięłaś się z podziemia i małymi kroczkami zaczęłaś wychodzić ku górze. Jak widzisz siebie za kilka lat – jako artystkę nadal bardziej undergroundową, alternatywną czy może jednak chciałabyś być gdzieś bliżej mainstreamu?

Kurczę, myślę, że gdybym weszła w mainstream, to straciłabym cząstkę siebie. Nie wiem, zobaczymy, co się stanie. Mam nadzieję, że polska płyta dotrze do większego grona ludzi. Nie oczekuję, że każdy będzie ją znał, ale chciałabym, żeby więcej osób ją usłyszało.

Kathia. Fot. Tomasz Klinger.

M.: Kiedy możemy spodziewać się premiery tego albumu? Lub pierwszych singli?

Płyta wyjdzie w przyszłym roku. A singiel… no będzie, będzie! Już jest zmiksowany nawet. Ale kiedy się ukaże – tego na ten moment nie potrafię powiedzieć.

A.: A czy na płycie pojawią się jacyś goście?

O kurczę, nie pomyślałam o tym (śmiech). Ale może tak być! To fajny pomysł!

M.: Gdybyś mogła wybrać 3 dowolnych artystów, z którymi chciałabyś nagrać wspólny kawałek, to kto by to był? Niekoniecznie w kontekście nadchodzącej płyty, możemy pójść szerzej i wybiec daleko w przyszłość.

Na pewno Lana Del Rey, zwłaszcza w tym nowym, akustyczno-mięsistym wydaniu, Gregory Alan Isakov – niesamowity gość i… ojej, ale stres, tyle wspaniałych nazwisk, jedno miejsce i wszyscy umykają mi z głowy (śmiech).  Ale dobra, mam. VooVoo – no VooVoo i Fisz Emade – z nimi bardzo  chciałabym coś zrobić!

M.: Piękny i bardzo ciekawy zestaw! A gdybyśmy zawęziły wybór do Borówkowych artystów?

Będziemy robić wspólny numer z Helaine Vis i faktycznie czuję, że może z tego wyjść coś naprawdę dobrego, bo my się super dogadujemy! No i nasze głosy też pewnie dobrze zażrą, bo mamy trochę podobny sposób śpiewania i zbliżony poziom wrażliwości. Bardzo dobrze śpiewa mi się też z Ragnarem Ólafssonem, zawsze jest między nami dobra energia. Niedługo Ragnar będzie w trasie po Polsce i na pewno wpadnę na parę koncertów zaśpiewać z nim w duecie. Nie mogę się już tego doczekać!

M.: Jakie jeszcze plany koncertowe masz na najbliższy czas?

Dziś (11.07., przyp. red,) gram ostatni koncert w tym tygodniu, potem mam chwilę przerwy i wracam do koncertowania pod koniec lipca. Terminy i miejsca są rozstrzelone, ale wszystko jest dobrze opisane i rozpisane na Faceboku i na Instagramie, więc wszystkich zainteresowanych zachęcam do sprawdzenia. Będę w te wakacje też na kilku festiwalach, m.in. na Soundrive’ie w Gdańsku.

A.: Line-up Soundrive’a jest dość mocno zróżnicowany. Na jednej scenie spotkają się artyści reprezentujący totalnie różne gatunki. Być może z kimś stamtąd mogłabyś nagrać też taki totalnie abstrakcyjny feat. Co sądzisz o takich nieoczywistych połączeniach, których ostatnio możemy zaobserwować coraz więcej na współczesnej scenie muzycznej?

Dlaczego nie, w sumie? Prawda? Ostatnio grałam nawet na metalowym festiwalu. Zdziwiłam się bardzo, że w ogóle tam się dostałam. (śmiech) Ale było to dobre, fajne przeżycie. Chętnie podjęłabym wyzwanie nagrania wspólnego numeru np. ze Zdechłym Osą, z którym zdecydowanie nie pasujemy do siebie stylistycznie, ale który jest arcyciekawy. Tak, to by na pewno był niesamowity feat.

M.: Matura zdana, studia wybrane, płyta powstaje, koncerty zaplanowane. Czego jeszcze możemy Ci życzyć na pozostałą część roku? O czym marzy 19-letnia początkująca wokalistka, która – jestem o tym głęboko przekonana – jeszcze będzie wielka?

Ojej, dziękuję Wam bardzo. Czego życzyć? Chyba takiego rozwoju osobistego. Jestem młodą osobą, która weszła w cały ten wir świata muzycznego, która dużo pracuje i która chce rozwijać się jako muzyk, ale też po prostu jako człowiek. Chyba więc życzcie mi zdrowia psychicznego (śmiech).

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Izzy and the Black Trees, fot.: Jacek Mojta
Izzy and the Black Trees: „Chcemy nawrócić ludzi na muzykę gitarową” (wywiad)