Fot. Ola Bodnaruś
Fot. Ola Bodnaruś

Stach Bukowski: „Dajemy piosenkom czas na dojrzewanie”

Zespół Stach Bukowski to grupa przyjaciół, znająca się od dekady, w której skład wchodzą: Stanisław, Robert i Agnieszka. Grają retro rocka, ale chcą podkreślać swoją barwną naturę, którą z pewnością zobaczycie w ich teledyskach czy na okładce ich płyty. O gałęziach inspiracji, stereotypie rockmana, pandemicznym debiucie i dojrzalszych kolorach nowych singli ze Stachem Bukowskim porozmawiała Marta.

Marta: Rozmawiam ze Stanisławem Bukowskim, który stanowi 1/3 Stacha Bukowskiego, bo w zespole jest Was trójka i „Stach Bukowski” to nazwa całego zespołu. Słyszałam też, że Wasze ścieżki splotły się w gimnazjum, czyli dość dawno temu.

Stach Bukowski: Tak, to już prawie 10 lat.

10 lat to szmat czasu. Jak Wasz zespół i Wasza muzyka ewoluowały przez ten czas?

Ewolucja na pewno jakaś była, choć ja bym bardziej to porównał do odcinania gałęzi, bo na początku kłębiło nam się w głowie wiele gatunków: graliśmy rocka, graliśmy też trochę muzyki funkowej, popowej. Z czasem po prostu powolutku odchodziliśmy od takiego miszmaszu i kierowaliśmy się właśnie w stronę rocka, aż w końcu udało się podpisać kontrakt i jeszcze bardziej sobie sprecyzowaliśmy, że to będzie nasz gatunek. Osobiście bardzo się z nim utożsamiam, ale też nie przywiązuję się, bo być może za kilka lat będę tworzyć inną muzykę. Natomiast rzeczywiście przez ten czas dojrzeliśmy, żeby grać taką muzykę jak teraz, czyli muzykę rockową, inspirującą się dawnymi brzmieniami, ale jednocześnie trochę unowocześnioną.

W notce prasowej czytamy, że wychowaliście się na muzyce retro. Słychać ją na pewno w Waszej twórczości, która jest określana mianem retro rocka. A co jeszcze Was ukształtowało? Co Was inspiruje? 

Ukształtowało nas to, czego na pewno słuchaliśmy… chciałem powiedzieć: będąc młodymi, ale dalej jesteśmy młodzi (śmiech). Każdy z nas mógłby się wypowiedzieć indywidualnie – ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że w domu nasłuchałem się big-beatu, dużo muzyki klasycznej, rozrywkowej, ale sam odkryłem sporo muzyki rockowej czy muzyki lat 60. pokroju Beatlesów. To był też taki pierwszy zespół, który mnie zafascynował i którego dyskografię znam nieźle. A inspirują nas właśnie te nasze muzyczne korzenie, no i to, czego słuchamy na co dzień – a są to różne gatunki od muzyki popularnej i rockowej, po takie, które mocno odbiegają od tego, co gramy, czyli też hip-hop czy muzyka elektroniczna. Na pewno gdzieś stąd też czerpiemy, ale nie jest to bezpośrednio słyszalne.

A czego słuchasz na co dzień w drodze do pracy lub przy sprzątaniu?

Ostatnio bardzo często odpalam sobie wykonania Bruno Marsa na żywo z różnych koncertów. Od czasu, kiedy z Andersonem Paakiem założyli duet Silk Sonic, wróciłem do jego muzyki. Bardzo czekam na tę płytę; w ich image’u czy muzyce znajdziemy też dużo retro brzmień. Poza tym słucham jakichś takich pozycji, które często wracają – Arctic Monkeys czy The Black Keys, czasem pojawiają się standardy jazzowe, takie jak Nat King Cole albo Tom Jones.

Wracając do Waszych korzeni, wiem, że jesteście z Olsztyna. Jak wygląda tam scena muzyczna dla początkujących zespołów? Mieliście możliwość rozwoju i wsparcie, zanim przeprowadziliście się do Warszawy?

Wsparcie na pewno jest, a czy możliwości są duże, to trudno ocenić. Oczywiście Warszawa ma dużo większy potencjał. W Olsztynie jest Pałac Młodzieży, w którym zdarzało nam się grać. Zespoły mogą się tam zawiązywać i tworzyć kooperacje. Zdarzają się jakieś konkursy czy przeglądy – był chyba nawet taki, którego laureat mógł wystąpić na Green Festivalu. Jednak to przeprowadzka do Warszawy pozwoliła nam dojść do tego miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj.

A pamiętasz w ogóle ten pierwszy moment, kiedy pomyślałeś, że muzyka to jest to? Czy w jakiś sposób zawsze była obecna i to było coś naturalnego? Wiem, że pochodzisz z rodziny o muzycznych tradycjach.

Tak, mój tata jest muzykiem zawodowym, a moi rodzice poznali się w internacie szkoły muzycznej. Brat z kolei studiuje śpiew operowy, więc rzeczywiście jest trochę tych wpływów. Natomiast mi zawsze gdzieś to siedziało w głowie, na podobnej zasadzie jak ta, że np. chciałem być piłkarzem. Więc gdy kładłem się spać, to sobie wyobrażałem albo że gram mecz i strzelam bramki, albo że jestem na jakimś koncercie i gram na perkusji – bo na początku raczej myślałem o byciu perkusistą, a ze śpiewem wyszło bardzo spontaniczne – poczułem, że może spróbowałbym grać na perkusji i śpiewać. Na początku wykonywałem w ten sposób dwie piosenki. Ale później wskutek tego, że nie mogliśmy znaleźć wokalisty lub wokalistki, postanowiłem robić to na dłuższą metę. Nie nastawiałem się, że coś specjalnie z tego będzie i właściwie dopiero od roku, od momentu, kiedy podpisaliśmy kontrakt, mogę powiedzieć z całą pewnością i świadomością, że rzeczywiście chcę to robić. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Chciałabym przejść do Waszej debiutanckiej płyty, która była wydana już jakiś czas temu. Zacznijmy jednak od początku – poszukiwania wytwórni. Czy był to trudny proces, wysłałeś wiele dem, zanim wytwórnia FONOBO Was zauważyła?

Pamiętam, że pierwsze demo wysłałem w październiku 2017 roku. Nagraliśmy tę płytę garażowo. Wysłałem ją do wielu wytwórni, ale nagrania te były wątpliwej jakości i nic z tego nie wyszło, nikt się nie odezwał. Później zimą nagraliśmy live sesję do utworu „Los”, z której byłem bardzo zadowolony i wysłałem to nagranie tylko do FONOBO. Dość szybko dostałem odpowiedź, że chcieliby się spotkać z nami na próbie. Po kilku spotkaniach wróciliśmy zespołowo do momentu, gdy wysłaliśmy tamto pierwsze demo i zauważyliśmy, że było nagrane w taki sposób, iż ciężko było usłyszeć w nim nasz potencjał. To też było dla nas ciekawe spostrzeżenie, że zdecydowaliśmy się wysłać je jeszcze raz i nie zraziliśmy się, że komuś nie spodobał się nasz materiał. Był po prostu nieodpowiednio zaprezentowany.

Całe szczęście, że nie zraziliście się i mogliśmy usłyszeć Waszą debiutancką płytę „Czerwony SUV”. Zarówno jej okładka, jak i Wasze teledyski są niezwykle barwne. Czy w jakiś sposób próbujecie przełamać stereotyp rockmana ubranego w skórzane ciemne ciuchy?

Na pewno też taki cel nam przyświecał od początku. Z jednej strony jesteśmy bardzo pogodnymi ludźmi – lubimy się cieszyć, lubimy się śmiać i dzielić dobrą energią. Uważamy, że nasze brzmienie jest na swój sposób wyjątkowe – nie gramy tego co wszyscy, nie jest to też tak popularne. Natomiast gdybyśmy byli kolejnym zespołem ubranym w czarne skóry i skórzane buty za kostkę, to ta muzyka też mogłaby się z tym kojarzyć i jej odbiór też mógłby być inny. Stwierdziliśmy, że chcemy troszeczkę, tak jak mówiłaś, przełamać ten stereotyp i pokazać, że możemy przecież grać taką muzykę i wyglądać zupełnie inaczej – być kolorowymi, cieszyć się tym, dawać inną energię przez to, co ludzie widzą i wydaje mi się, że to był całkiem niezły kierunek. 

Płyta została wydana 20 marca 2020 roku, czyli właściwie na początku naszej nowej pandemicznej rzeczywistości. Jak to jest debiutować wraz z debiutem pandemii?

Gdy ktoś zadaje to pytanie, zawsze mi przychodzi do głowy, że łatwiej byłoby odpowiedzieć, gdybym miał okazję wydać materiał poza pandemią. Pierwszy singiel wyszedł w połowie września 2019 roku i rzeczywiście wtedy było dużo rozmów, dużo działań promocyjnych. Mogę sobie wyobrazić, że w przypadku wydawania płyty poza pandemią, byłoby tego jeszcze więcej. Nikt z nas natomiast nie ma takiego poczucia, że coś nie wyszło. Daliśmy z siebie wszystko i wydaje mi się, że wycisnęliśmy z tego okresu tyle, ile mogliśmy. 

Czy jest coś, co pozytywnie lub negatywnie zaskoczyło Was od momentu wydania płyty?

Hmm… Nie chciałbym być przesadnie skromny – też mieliśmy poczucie, że robimy coś fajnego, że ta muzyka się podoba. Mieliśmy jakieś oczekiwania i byliśmy podekscytowani tworzeniem tej płyty, mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze odebrana. Jednak byłem przygotowany, że mogą znaleźć się też różne głosy krytyki. Myślę więc, że nie było takiej rzeczy, która zaskoczyłaby nas pozytywnie lub negatywnie. Wydaje mi się, że jeśli miałbym iść w jakąś stronę, to raczej właśnie taki pozytywny odzew, który przerastał nasze oczekiwania był ciekawym doświadczeniem. Tych ciepłych słów było naprawdę wiele. 

Zajmujesz się pisaniem tekstów, a utwory aranżujecie później wspólnie z zespołem. Czy pamiętasz, które z piosenek z tej płyty były najbardziej wymagające pod jednym lub drugim względem: tekstowym lub aranżacyjnym?

Na pewno sporo wyzwań było pod kątem tekstowym. Sporo tekstów miało czas na dojrzewanie, ale część niekoniecznie. Nad niektórymi trzeba było usiąść i popracować, pomyśleć nad tym co napisać, a nie czekać na tę wenę. 

Czyli nie zawsze jest tak łatwo, że wena na ciebie spływa (śmiech).

Nie, ale czasami taka zwykła codzienna praca też daje bardzo fajne efekty.

Czy macie jakieś rytuały w trakcie pracy nad piosenkami?

Rytuałów nie mamy, ale gdy coś nam nie idzie, to odkładamy to, żeby sobie troszkę odpoczęło. Staramy się zająć czymś innym i dajemy piosenkom czas na dojrzewanie – to jest na pewno to, czego się nauczyliśmy.

Czyli cierpliwość to zasada numer 1? (śmiech)

Na pewno jedna z wielu podstawowych.

A czy są na tej płycie piosenki, które są dla Ciebie szczególnie ważne?

Wszystkie są ważne, ale niewątpliwie są też takie, z którymi człowiek może się bardziej utożsamić i tymi utworami są na pewno „Los” i „Lew”. To dwa kawałki, z których jestem najbardziej dumny. Są też oczywiście nasze duety, ale rozgraniczam te typy piosenek.

Na płycie znajdziemy kilku gości: Dawida Mędrzaka z Sonbird, Kwiat Jabłoni czy Singin’ Warsaw. Czy masz jeszcze jakieś wymarzone kolaboracje, które widziałbyś na kolejnej płycie?

Właśnie to też jest zawsze ciekawe pytanie, dlatego że ja pod kątem tych kolaboracji patrzę zawsze na dwa sposoby. Pierwszy to taki, że jest ta konkretna piosenka i rozważam, czy ktoś by do tego pasował, albo z tej drugiej strony – siadam z kimś i tworzymy utwór razem. Z takich rockowych wykonawców, których zawsze słuchałem, przychodzi mi do głowy Tomasz Organek. Zawsze z jakimś sentymentem na niego spoglądam i myślę, że zetknięcie się z nim, byłoby czymś bardzo fajnym. Na pewno jest kilku takich artystów i może kiedyś się uda nawiązać ciekawe współprace.

Skoro mowa o przyszłości i kolejnej płycie, w sieci pojawiły się dwa nowe utwory „Chłodno” z KIWI oraz „Coś miłego”. Jak określiłbyś kierunek, w którym podążacie z tymi piosenkami wydanymi po debiucie? Jest to kontynuacja czy coś nowego?

Myślę, że jest to ewolucja, na pewno nie rewolucja. Nie wiem, jak to określić gatunkowo, ale wydaje mi się, że są to takie dojrzalsze brzmienia, wciąż pozostające w tych inspiracjach i w tym klimacie, w którym gramy. Ale myślę, że często nie jest to już tak spontaniczne, tylko przeleżane, w pozytywnym znaczeniu – że te utwory dojrzały już sobie pod kątem muzycznym i tekstowym. Czuję, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, że już nic bym tu nie zmienił i że może to pójść w eter. Myślę, że tu bym podkreślił tę dojrzałość zarówno w tekście, jak i brzmieniu. A jak konkretnie określić ten kierunek – nie wiem. Określenie, nazwanie kierunku, pozostawiłbym odbiorcom.

W obydwu piosenkach pojawia się „chłód”. Czy kolejne wydawnictwo będzie mniej kolorowe?

Czy mniej kolorowe… nie wiem. Na pewno będziemy trzymać się naszego wizerunku – jesteśmy barwnymi ludźmi  i staramy się na te kolory stawiać. Być może nie będą one już takie zróżnicowane i tak jaskrawe, ale na pewno będą bardzo głębokie i ktoś, kto zobaczy zdjęcie lub usłyszy muzykę, na pewno nas z nią skojarzy.

To jeszcze na koniec: o czym marzy Stach Bukowski?

Stach Bukowski najbardziej marzy o dwóch rzeczach. Pierwsza to taka, żeby grał koncerty na otwartej scenie, na festiwalach, a druga rzecz, żeby był zadowolony ze swoich utworów tak, jak jest zadowolony teraz. Nie chcę też kategoryzować, bo z płyty jestem oczywiście bardzo zadowolony, ale mam nadzieję, że z kolejnych utworów będę tak zadowolony, jak z ostatnich dwóch singli i że nasze piosenki będą miały czas dojrzewać.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Counting Crows, Butter Miracle, Suite One, album cover
Od „Rain King” do „Rat Kings”. Wielki powrót króla. Counting Crows – „Butter Miracle Suite One” (recenzja)