Rain Tree Crow

Melancholijny śpiew kruka. Subiektywnie o “Rain Tree Crow”

Gdy po dziesięciu latach w studiu nagrań spotyka się ekipa ex-Japan w składzie: David Sylvian, Mick Karn, Steve Jansen i Richard Barbieri (który, choć zapewne jeszcze nawet tego nie wie, za dwa lata dołączy do składu Porcupine Tree), nie może powstać nic innego niż wiekopomne arcydzieło. A tym właśnie jest Rain Tree Crow – świecącą szlachetnym blaskiem, choć nieco zapomnianą, muzyczną perłą.

Rain Tree Crow, choć właśnie obchodzi trzydziestolecie wydania, zaskakuje świeżością i bogactwem. Album imponuje barokowym wręcz rozmachem tego, co próbowano na nim i za jego pomocą stworzyć. Przede wszystkim RTC odcina grubą i wbrew pozorom nie tak mroczną kreską to, co muzycy nagrali pod szyldem Japan. Próżno szukać na tym albumie klimatu i dźwięków charakterystycznych dla New Wave. Zamiast tego dostajemy ambient wymieszany z jazzem, metaforyczno-metafizyczne teksty i materiał, który się nie starzeje, lecz dojrzewa i nabiera szlachetnego kolorytu.

Czy na tym albumie mam swoje ulubione momenty? Na pewno Blackwater, który – pamiętam jak dziś – obezwładnił mnie swoim muzycznym pięknem; prostym, nieskomplikowanym, acz boleśnie wręcz trafiającym w sam środek mojego serca. Był to również pierwszy utwór, w którym usłyszałam Davida Sylviana – jeden z najpiękniejszych i najbardziej magicznych męskich głosów w muzyce. Szczególne znaczenie ma dla mnie również Every Colour You Are – w jakiś niewytłumaczalny sposób utwór ten zawsze wyciąga mnie z najczarniejszych otchłani smutku, choć – mogłoby się zdawać – nie brzmi do końca optymistycznie: jednostajny, miarowy rytm perkusji, wokół którego leniwie oscylują rozciągnięte gitary przynosi mi jednak spokój i ukojenie.

Rain Tree Crow nie jest albumem łatwym i równym – są na nim i klasycznie radiowe hity, i odważne muzyczne eksperymenty. Otwierający krążek Big Wheels In Shanty Town to ukłon w stronę world music, okraszony nieco zblazowaną gitarą. W New Moon at Red Deer Wallow saksofon wprowadzana niepokój i zgrzyt. Scratching on the Bible Belt brzmi jak muzyczna wprawka do rzeczy większych. Odzwierciedla to zresztą sposób pracy nad albumem – w czasie nagrania członkowie zespołu rejestrowali bowiem większość powstających dźwięków (przede wszystkim sesje improwizacji), aby w późniejszym czasie ocenić ich potencjał. Mimo braku muzycznej spójności, na debiutanckim – i niestety jedynym albumie – Rain Tree Crow zaprezentował światu brzmienie, które następnie przez wiele lat – niemal niczym religię – głosić będzie swoją twórczością Sylvian, i które Barbieri ochoczo przemyci do lżejszych nagrań Porcupine Tree. Brzmienie to jest niepowtarzalną mieszanką melancholii, nadziei, smutku i tęsknoty za rzeczami, które być może nawet się nie wydarzyły.

To, co zdumiewa mnie najbardziej, to fakt, jak świeżo Rain Tree Crow brzmi po trzydziestu latach. Sylvian, Karn, Jansesn i Barbieri wykradli magikom przepis na muzyczną długowieczność. Dodajmy do tego osobiste, poetyckie teksty – i mamy ten mały skarb, schowany gdzieś daleko te trzydzieści lat temu, który dziś możemy odkrywać na nowo, wzruszając się i delektując nim do woli.

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Pearl Jam, Ten; album cover
30 lat albumu „Ten” – historia pierwszego dziecka Pearl Jam