Żurkowski, fot.: Oskar Szramka
Żurkowski, fot.: Oskar Szramka

Żurkowski: Trzeba mieć jaja ze stali, by utrzymać się w branży (wywiad)

Magda Żmudzińska, Ania Grabowska

Nie potrafię skupić się na niczym innym tak mocno, jak na muzyce ‒ mówi Łukasz Żurkowski, założyciel i leader grupy Żurkowski. Razem z trzema kumplami ‒ Łukaszem Ławrynowiczem, Michałem Zielińskim i Patrykiem Królem ‒ od 2016 roku tworzy zespół grający alternatywnego rocka podsycanego elektroniką. Jednym z głównych założeń formacji są nieustanne poszukiwania nowych rozwiązań brzmieniowych, wykraczających poza te rozpoznawalne na polskim rynku. Warto zaznaczyć, że muzycy mieszkający od lat w Wielkiej Brytanii świadomie nie rezygnują z tworzenia dla polskiej publiczności. Dlaczego odrzucili wyjście na rynek brytyjski, co najbardziej cementuje ich relację, w jaki sposób zawiązali współpracę z zespołem The Freuders oraz jak powstawała okładka albumu KURZ ‒ między innymi o tym opowiedzieli Magdzie Żmudzińskiej i Ani Grabowskiej na chwilę przed wejściem na scenę warszawskich Chmur.

Łukasz: Fajnie, że jesteście. Zostajecie na koncert?

Magda & Ania: Zostajemy. Naturalnie, nie mogłoby być inaczej.

Łukasz: Cieszę się! 

Ania: Wydaje mi się, że obecnie trzeba korzystać z każdej możliwości koncertu.

Michał: Naprawdę? Żeby tak wszyscy uważali…

Magda: A nie macie wrażenia, że po tej przerwie spowodowanej lockdownem, ludzie są właśnie głodni koncertów, że jakoś zwiększyła się frekwencja?

Łukasz: Wręcz przeciwnie.

Michał: Ci co chodzili na koncerty jeszcze przed pandemią, rzeczywiście są ich spragnieni, ale jeśli mówimy o frekwencji, to nie jest ona duża.

Jezus: Większość ludzi chyba się rozleniwiła i po prostu przyzwyczaiła do siedzenia w domu.

Magda: Przez jakiś czas towarzyszyły nam też koncerty online’owe. 

Łukasz: Takie doświadczenie też mamy za sobą. Wzięliśmy udział w koncercie online organizowanym przez Sofar. Powiem jednak, że nie jest to mój ulubiony rodzaj koncertowania. Przez brak interakcji cały czas czułem się bardzo dziwnie. Kończył się utwór i nastawała cisza, nie bardzo było wiadomo, jak się wtedy zachować ‒ czy coś powiedzieć, czy grać kolejny numer. Byłem totalnie zdezorientowany. Tak że zagraliśmy tylko jeden tego typu koncert i nie bawiliśmy się w to więcej. To nie nasza bajka. Umówmy się, to też szczególnie nie wpłynęło na popularność mniej znanych wykonawców. A na większą oglądalność mogli liczyć tylko ci z ustalonym wcześniej statusem rozpoznawalności.

Ania: Chciałabym nawiązać do słów Rafała Samborskiego, który w recenzji KURZU napisał, że w waszej działalności jest ogromny potencjał na coś więcej niż nagrywanie przyjemnych płyt łączących alternatywny rock z elektroniką. Jak określilibyście swoją muzykę, wychodząc naprzeciw takiej opinii?  

Michał: Ja powiedziałbym, że gramy coś pomiędzy Kornem a T.Love. (śmiech)

Magda: (śmiech) Piękne! Mamy już zatem chyba tytuł dla naszego wywiadu. (śmiech)

Łukasz: Tak naprawdę trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Ja uważam, że gramy alternatywnego rocka z elektroniką. Bardzo mi miło, że recenzent oczekiwał od nas ‒ zespołu, który na swoim koncie nie ma jeszcze imponująco długiego stażu ‒ że wskoczymy od razu na najwyższy szczebel. Tak wnioskuję z tego tekstu. Ja natomiast aktualnie stawiam się z tą muzyką tu, gdzie jestem, czyli gram rocka z elektroniką.

Michał: Ktoś mi powiedział też coś takiego: „Podoba mi się, że nie gracie takich typowych, polskich riffów. Słychać, że wasze riffy nie są polskie”. Nie wiem, dlaczego. To znaczy, my wszyscy mieszkamy w Anglii, ale…

Łukasz: Ja wiem, dlaczego, stary. Większość riffów tworzę ja z Patrykiem, oczywiście jest jeszcze Jezus, gitarzysta, ale w większości wychodzą one spod palców naszej dwójki. Ja bardzo wypieram się takiego „mdk-owego” grania, takich kanciastych, zwykłych riffów, które już wszyscy zagrali, w dodatku na tych samych brzmieniach. Próbujemy walczyć, szukać jakichś nowych rozwiązań. W żadnym wypadku nie idziemy na łatwiznę, nie gramy zwykłych akordów, tylko kombinujemy ‒ kupujemy jakieś kostki, efekty do gitary. Jest też coś takiego, że słysząc jakiś kawałek, nawet bez wokalu, od razu wiesz, że był zrobiony tutaj. Tak jakby brakowało temu takiego zachodniego sznytu. My staramy się to robić tak nie po polsku ‒ żeby ta gitara z wokalem się zlewały, a nie żeby wokal był na samym przodzie, tak jak w popie. Wydaje mi się, że to od nas zależy, jak ludzie będą to postrzegali. Michał, to była odpowiedź na twoje pytanie. (śmiech)

Ania: A czy rzeczywiście słuchacie tych wykonawców, do których jesteście porównywani?

Łukasz: Organka lubię, happysad też, Wilki również, Korn i T.Love też gdzieś się przewijały. Kocham Muse, swego czasu słuchałem też bardzo Kings of Leons, a wychowałem się na Myslovitz. Całe swoje życie słuchałem tego zespołu i to też pojawia się w tych porównaniach, ale chyba tylko dotyczących gitarowego brzmienia. Jestem mistrzem grania melodii na jednej strunie, ale z dodaniem efektu, żeby było ciekawiej.

Magda: O Myslovitz też się zawsze mówiło, że grają nie po polsku, że to jest taki polski brit pop. A właśnie, powiedzieliście, że mieszkacie w Anglii, tak?

Łukasz: Ja już od 12 lat.

Michał: Ja też już dość długo. I wydaje mi się, że w naszą muzykę jest wpleciona domieszka angielskiej depresyjnej, deszczowej pogody.

Magda: Tak, myślę, że to jest w jakimś stopniu wyczuwalne. Chciałabym natomiast zapytać o to, czy nie chcieliście z muzyką wyjść na brytyjski rynek? Skupiliście się na naszym, polskim podwórku, a nie myśleliście o tym, żeby pisać też angielskie teksty i spróbować pojawić się w tamtejszych rozgłośniach?

Łukasz: Tu chodzi głównie o mnie, ja jestem głównym blokerem, bo uważam, że to nie ma większego sensu. Wbrew pozorom o wiele łatwiej pisze mi się po polsku, a poza tym mam nieprawidłowy angielski akcent i wszelkie próby dążenia do poprawności w tym momencie byłyby karkołomne. Poza tym chciałbym wrócić do Polski, zamieszkać tu na stałe, grać i z tego się tu utrzymywać. Także pod względem wyjścia na grunt międzynarodowy, to nie mierzę aż tak wysoko, bo aktualnie uważam to za głupotę, tak jak śpiewanie po angielsku przez kapele działające na polskim gruncie.

Magda: Hmm… A co z The Freuders, którzy piszą głównie po angielsku i z którymi dzisiaj tu gracie?

Łukasz: Słuchaj, ja mówię im prosto w twarz, że powinni to zmienić i… trzecią płytę chcą robić po polsku. Nagraliśmy jeden wspólny numer i jest on wykonywany właśnie w naszym rodzimym języku, co ich trochę zainspirowało do tego, by pójść w tę stronę. Co prawda tytuł utworu jest w języku angielskim, ale nie pytali mnie, czy mógłbym po angielsku napisać ten tekst. Po prostu napisałem go po polsku, a oni się na to zgodzili. Jak widać spodobał im się, bo grają go na koncertach.

Magda: A jak w ogóle przecięły się wasze drogi?

Łukasz: To było tak, że podczas koncertu Męskiego Grania w 2019 r., na którym graliśmy, spotkaliśmy Olka, który, oprócz tego, że jest gitarzystą The Freuders, pracuje także w agencji Live organizującej to wydarzenie. Przyniósł nam wtedy wynagrodzenie za koncert. Połączyły nas więc pieniądze. (śmiech) Od słowa do słowa zgadaliśmy się na temat zespołu. Od tamtej chwili utrzymywaliśmy ze sobą kontakt, bardzo dużo gadaliśmy, mieliśmy takie fajne przeloty. Od tamtego razu właściwie się nie widzieliśmy i spotkaliśmy się dopiero na pierwszym koncercie trasy KURZ, w którą ruszyliśmy razem. Przez dwa lata komunikowaliśmy się zdalnie, przy czym po roku znajomości nieśmiało zaproponowałem mu, by został naszym managerem. Widzę, z jakim zapałem działa ‒ jak obraca swoimi social mediami, gdzie go wpuszczają, po prostu zna wszystkich. Wydaje nam się, że lepszego managera już nigdy nie znajdziemy. Olek jest po prostu świetny. 

Magda: Przyjął ofertę?

Łukasz: Oczywiście się zgodził. I był tym nawet bardzo zajarany, co mnie też bardzo ucieszyło. Olek bardzo wierzy w ten projekt, jest między nami chemia.

Ania: A o to przede wszystkim chodzi.

Łukasz: Tak, musi być to coś. Podobnie w samym zespole. U nas nie ma tak, że ktoś na kogoś się wkurwia i ma ochotę kogoś wyrzucić z zespołu. My tak po prostu się lubimy. Staramy się maksymalnie nawzajem wspierać, bo bez tego nie byłoby szans np. naprawić alternatora, jak się nam w trasie rozwali.

Magda: Dobra, to teraz pytanie z gatunku bardziej filozoficznych… Jak długo KURZ – dosłownie i w przenośni – zbierał się w twojej szufladzie?

Łukasz: On się cały czas zbiera. A tak serio, tę płytę robiliśmy tak naprawdę około roku, z tym że 3-4 utwory są starsze i powstały jeszcze przed Włóczęgą, np. Zapach pól, który miał wejść na tamten krążek, ale nie był skończony. Stwierdziliśmy, że nie pasuje i go zostawiliśmy. Później dosyć szybko zaczęły nam iść jakieś nowe numery ‒ Zmiennicy, Demony ‒ które powstawały nam płynnie na próbach, a z którymi przenieśliśmy się następnie z pracą do domowych studyjek. Jak doszliśmy do takiego momentu, że mieliśmy z 6-7 utworów i zaczęło brakować nam pomysłów, to zaczęły one lądować w szufladzie. Odświeżyliśmy teraz ten materiał i w sumie to było super. Dobrze, że przestały nam przychodzić pomysły do głowy, bo nie wykorzystalibyśmy tych utworów, które leżały w tej szufladzie.

Ania: Skoro zatem odkurzyłeś tę szufladę, to można powiedzieć, że zamknąłeś pewien etap? Doznałeś ulgi po zrzuceniu ciężaru emocjonalnego, który wiązał się z tymi utworami?

Łukasz: Wiesz co, to nadal działa na mnie leczniczo, kiedy śpiewam te teksty. Nadal traktuję to jako taką autoterapię. Piosenki te powstawały w smutnych momentach. Ja nigdy nie tworzę w radosnym nastroju, nie idę do studia podjarany tym, jakie życie jest piękne, tylko np. wtedy, gdy pokłócę się z dziewczyną i mamy ciche dni. Wtedy też powstają takie molowe i smutniejsze melodie. 

Żurkowski, fot.: Oskar Szramka

Magda: To chyba zawsze tak działa, że łatwiej się tworzy właśnie w tych gorszych momentach.

Łukasz: Jeśli ktoś często odczuwa te pozytywne stany, to pewnie łatwo przychodzi mu pisanie piosenek czy to radosnych, czy takich neutralnych emocjonalnie. Ja całkowicie odnajduję się w smutnych piosenkach, bo po prostu je lubię. Już tak jest, że ja z radością je śpiewam ‒ nie płaczę do mikrofonu, tylko jaram się, że je śpiewam, jestem szczęśliwy, że mogę je śpiewać. To taki paradoks.

Ania: A co na to reszta zespołu?   

Michał: Przyjrzyjmy się sytuacji od innej strony. Oceńmy to na przykład przez pryzmat tego, co się dzieje na świecie. Kiedy ukazała się nasza pierwsza płyta, czyli Włóczęga, mieliśmy mieć trasę promocyjną ‒ wybuchła pandemia. Teraz wyszła płyta KURZ, ruszyliśmy w trasę ją promującą i rozpoczęła się wojna w Ukrainie. Graliśmy w Trójce i chwilę później nastąpił wielki przewrót w stacji. Patrząc z perspektywy właśnie takich wydarzeń, nasze działania nabierają trochę innego znaczenia.

Jezus: Co wyjazd mamy też problemy z samochodem ‒ zawsze coś musi się zadziać.

Łukasz: W Zielonej Górze graliśmy koncert i zepsuła się nam turbina. Musieliśmy więc zostawić tam vana i w dalszą trasę ‒ do Gdańska ‒ pojechać pociągiem. Chłopaki z The Freuders pomogli nam zabrać graty swoim vanem. Zagraliśmy tam koncert, po czym wsiadłem w pociąg, wróciłem do Zielonej Góry, odebrałem vana, wsiadłem w niego i wróciłem do Gdańska. Tego typu sytuacje wliczamy w każdą z naszych tras ‒ już na starcie jesteśmy przekonani, że coś się wydarzy. 

Jezus: Alternator, sprzęgło, skrzynia biegów, cokolwiek…

Michał: Zespół jest mocno hartowany…

Magda: Skoro wasze aktywności zawsze łączą się w czasie z jakimiś turbulencjami i to o tak szerokim zasięgu, to aż boję się zapytać, kiedy następna płyta…

Łukasz: Mam nadzieję, że pociągniemy promocję tej płyty jak najdłużej się da, bo czuć potencjał w tym materiale. Musimy dalej z nim przeć, nie możemy go zmarnować jak Włóczęgi, któremu pandemia stanęła na drodze. Teraz też nie jest lepiej, wiadomo, co się dzieje, ale grać trzeba. Robimy swoje. Jak możemy, to pomagamy. 

Magda: Właśnie myślę, że w tym rzecz, by pomagać, ale jednocześnie też robić dalej swoje, z uwagą, wyczuciem, ale jednak działać. Nie wiemy, ile potrwa ta sytuacja ‒ czy to będzie parę dni, parę miesięcy czy parę lat. Nie wiemy też, jak to wszystko się rozwinie, więc póki jest jak jest, trzeba korzystać z tego, co mamy, bo za chwilę też możemy już nie mieć tej możliwości. My również ‒ tak prywatnie ‒ miałyśmy spore rozterki, czy iść na koncert. Czy w ogóle wypada to zrobić w sytuacji, gdy u sąsiadów rozgrywają się takie dramaty. Czy będziemy się z tym dobrze czuły.

Łukasz: Podobne wątpliwości naszły nas podczas koncertu w Gdańsku. Graliśmy w klubie bezpośrednio sąsiadującym z pomnikiem Trzech Krzyży, przy którym akurat w czasie naszego koncertu był zorganizowany pierwszy wiec w Gdańsku. Pojawiły się na nim tysiące osób. Scena została postawiona tuż przed drzwiami klubu, w którym graliśmy, więc w każdej przerwie między utworami słyszeliśmy wszystko, co działo się tuż obok. Czułem się w tamtym momencie bardzo niezręcznie. Myślałem o tym w takich kategoriach, że chyba nie powinienem grać w takiej chwili tego koncertu. Niemniej zwyzywaliśmy Putina ze sceny, tak że wszyscy się zjednoczyli.

Ania: Rzeczywiście, doświadcza was mocno wydawanie i promowanie płyt…

Łukasz: Oj bardzo, maksymalnie. Ale ja też na starcie niczego nie zakładałem ‒ że przyjadę do Polski, wydam płytę i będę turbo gwiazdą. Wydawanie płyt to dla mnie kolejny etap. Wyobrażam sobie, że będziemy to robić pewnie do końca życia ‒ czy to przez wytwórnię, czy sami ‒ bo to jest jedyne, co chyba w życiu umiem robić od A do Z. Jak się za to zabieram, to kończę. Z całą resztą mam problem, bo jak coś rozpocznę, to potem to odkładam. Nie potrafię skupić się na niczym innym tak mocno, jak na muzyce.

Magda: A co robicie, gdy nie robicie muzyki? Tak hobbystycznie?

Łukasz: Zawsze kochałem rower, ale jak mi się przybrało na wadze w pandemii, to przestałem jeździć. Aktualnie większość wolnego czasu poświęcam jednak muzyce. Jeżeli nie gram koncertów, to coś komponuję. Teraz na przykład wspólnie z Patrykiem Królem robimy muzykę do dokumentu naszego kolegi, który zrealizował nasz klip do Ciemności. Wydaje właśnie pierwszy film dokumentalny, do którego my tworzymy muzykę. 

Michał: Ja z kolei od wielu lat trenuję ju-jitsu i najwięcej czasu po pracy spędzam właśnie na tej aktywności, nie licząc oczywiście muzyki. Mogę się pochwalić purpurowym pasem.

Łukasz: Czekam na moment, kiedy będziesz mógł zaprezentować swoje umiejętności. (śmiech)

Jezus: Dla mnie muzyka jest całym życiem. Poza nią lubię jeść i spać.

Łukasz: Jezus, czy ty właśnie na serio powiedziałeś, że lubisz jeść i spać? (śmiech)

Jezus: Tak, bo na nic innego mi nie starcza czasu poza pracą i próbami (śmiech).  Ale tak serio, nic innego nie daje mi takiej frajdy jak robienie muzyki. My z Łukaszem zawsze mieliśmy blisko do siebie, blisko do studia, we dwóch zarywaliśmy więc nocki na wymyślaniu i tworzeniu nowych rzeczy.

Łukasz: To prawda ‒ od rana do rana. I tak na przykład powstał utwór Wynik stresu. Siedzieliśmy sobie, gadaliśmy i ostatecznie nagraliśmy numer.

Michał: A Patryk co lubi?

Łukasz: Myślę, że lubi czytać, robi też bardzo dużo muzyki ‒ każdą wolną chwilę spędza na tworzeniu. Jest w tym mistrzem ‒ jest po studiach producenckich na University of Huddersfield, skończył produkcję muzyczną, czyli oficjalnie ma papier na robienie muzyki.

Ania: Produkuje też dla innych?

Łukasz: Teraz wspólnie produkujemy muzykę dla Szymona Kuriaty. Patrykowi na razie brakuje tupetu, żeby bez skrępowania załatwić sobie wyprodukowanie płyty dla kogoś. Dlatego ze sobą współpracujemy ‒ ja jestem tym od gadania i załatwiania, on w większym stopniu zajmuje się procesem twórczym. Niemniej w jakimś momencie nasze pomysły krzyżują się, dzięki czemu w naszych utworach zawsze jest część jego i część mnie. Marzy się nam, by w przyszłości otworzyć własne studio i produkować ludziom muzykę. Otrzymaliśmy już kilka propozycji, głównie od znajomych, żeby produkować za pieniądze. Wydaje mi się jednak, że byliśmy jeszcze wtedy na takim etapie, że nie czuliśmy się na siłach, by to udźwignąć. Przynajmniej ja. Miałem tak w przypadku utworu Western. Poszedłem do studia nagrać ten utwór dla Szymona, właśnie do dokumentu i tak mi się spodobał, że powiedziałem mu, że go nie oddam i biorę go na swoją płytę. W tamtym momencie przemówił przeze mnie egoizm, bo nie byłem gotowy oddać komuś dobrego, gotowego utworu. Nie mam jeszcze odłożonych tak wielu super piosenek. Powoli jednak się na to otwieram, by nie kisić ich wyłącznie dla siebie.

Ania: Jakim kluczem kierowaliście się przy doborze gości na KURZ? Są waszymi znajomymi?

Łukasz: To był świadomy wybór. Tomka (Organka ‒ przyp. red.) uwielbiam, mam nadzieję, że ze wzajemnością. Znamy się od paru lat i utrzymujemy ze sobą kontakt. Właściwie jemu tak bezpośrednio nie proponowałem, by wystąpił na naszej płycie. Gadaliśmy tak po prostu i on w reakcji na fragment utworu udostępniony przeze mnie w socialach rozpoczął długą rozmowę, która w efekcie przyniosła współpracę przy Westernie. To wyszło totalnie bez żadnej spiny. W ogóle nie myślałem o tym, by ten numer z nim robić, ale podczas rozmowy tak nam się to wszystko ułożyło, że doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby połączyć w nim siły. Tym bardziej że jesteśmy z tych samych okolic, czyli z Suwalszczyzny ‒ on w Suwałkach się uczył, ja się urodziłem, on się urodził w Raczkach, czyli zaraz obok Suwałk. Swiernalis natomiast, który dzisiaj gościnnie wystąpi na naszym koncercie i który wystąpił również na wczorajszym koncercie w Suwałkach, też pochodzi stamtąd. Jest moim przyjacielem od zawsze. Jako małolaci spotykaliśmy się w skateparku ‒ ja jeździłem na rowerze, on na desce. Kiedy zacząłem już grać w zespole, on nie grał jeszcze na gitarze. Można powiedzieć, że w tych młodzieńczych latach się nawzajem inspirowaliśmy. Piękne jest to, że do tej pory utrzymujemy kontakt. Jarosław Soboń, to kolejny z moich przyjaciół, grałem z nim w Anglii w zespole Sixth of July. Jarek jest wokalistą i to on zainspirował mnie, żeby w ogóle śpiewać. Niestety nasz ówczesny zespół się rozpadł, Jarek wrócił do Polski, a ja założyłem kapelę sygnowaną swoim nazwiskiem. Stwierdziłem, że nawet jeśli ktoś odejdzie z tego zespołu, to i tak będę grał.

Magda: Ale nie zanosi się na to, by coś miało się w tej materii zmienić.

Łukasz: Nie, broń boże. W tym momencie nie wyobrażam sobie innego składu. Tyle, ile wspólnie przeszliśmy, by być w tym miejscu, to pewnie niewielu by wytrzymało. Te topowe składy muszą się kochać, bo niewyobrażalne jest dla mnie, by ktoś przez wiele lat się nie lubił i rozsiewał złą energię ‒ to po prostu się nie uda. To musi działać jak w związku. Jesteśmy jednym wielkim małżeństwem.

Ania: Nawiązując jeszcze do Kurzu – mam wrażenie, że jego okładka ma w tym momencie jakiś symboliczny wymiar. Może być też tak, że my teraz tej symboliki sami poszukujemy. Ale opowiedzcie też proszę o tej warstwie wizualnej albumu.

Łukasz: Autorem zdjęcia okładkowego jest Oskar Szramka, natomiast jego pomysłodawcą byłem ja. Pomysł takiej fotografii zrodził się dawno temu, bo z 1‒2 lata wstecz. Obok mieszkania mojej sąsiadki przez lata stała szyba, na którą natykałem się, wychodząc z mieszkania. W końcu jadąc do Polski, by nakręcić klip do Zmienników, zabrałem ją. Pierwotnie na tę szybę chciałem nasypać piasku i palcem napisać tytuł płyty. Zmodyfikowaliśmy jednak ten pomysł do tego stopnia, że mokrym palcem napisałem na niej Kurz i posypałem szybę mąką. Trzymałem ją przed sobą, a Oskar zrobił zdjęcie. Ja faktycznie stoję za tą szybą i nie ma tam żadnych elementów dodanych w postprodukcji. To jest po prostu dobrze wykadrowane zdjęcie dobrego fotografa. Oskar robi fajne rzeczy i u niego zawsze zamawiam sesje promocyjne. A swoją drogą kocham czarno-białe zdjęcia, bo wyszczuplają, więc zawsze proszę o takie. (śmiech)

Ania: A jak wyglądają perspektywy na nowy materiał? Zawiązują się pomysły na kolejne rzeczy, piszesz coś już teraz, będąc w trasie?

Magda: Już szuflada wyczyszczona z kurzu, więc może…?

Łukasz: Nie do końca. Nie wrzuciliśmy na tę płytę jeszcze dwóch utworów, które zostawiliśmy na potem. Być może pomiędzy krążkami zostaną opublikowane jako single, zamiast znaleźć się na płycie? Jako podtrzymanie życia tego albumu? Wiadomo, jak to jest ‒ największy szum jest na początku, a później następuje gwałtowny spadek i znikasz. Trzeba mieć jaja ze stali w tej branży, żeby się w niej utrzymać albo żeby w ogóle zaistnieć. Wielu ludzi już na starcie się poddaje. To trzeba naprawdę kochać.                

Ania: Brutalne jest to, że do momentu premiery płyty ona jest na świeczniku, mówi się o niej za sprawą singli, a po premierze przychodzi dosyć szybki krach i ginie ona w gąszczu innych krążków.

Łukasz: W naszym przypadku właśnie to wszystko nabrało rozpędu, co chyba znaczy, że ta płyta jest dobra. (śmiech) Jestem tego pewien, jestem dumny z tego albumu. Porównując ją do tego pierwszego, to na pewno nie zawiedliśmy się, bo jesteśmy o te kilka szczebelków wyżej i to słychać. Mam nadzieję, że tak będzie z każdym krążkiem. A jeśli chodzi o pomysły na kolejne projekty, to przed wyjazdem do Polski mieliśmy próbę, na której Jezus zagrał jakiś riff i coś tam zaczęliśmy już rzeźbić. Można więc powiedzieć, że taki pierwszy krok został poczyniony. Jesteśmy głodni tworzenia, zaczyna brakować nam emocji z tym związanych. Ten materiał mamy już mocno ograny. Wydaje mi się zresztą, że to przyjdzie do nas mimowolnie, bo nie będziemy na próbach grali cały czas tego samego. Teraz jesteśmy w trasie z tymi numerami, wcześniej katowaliśmy je na próbach przez co najmniej rok, począwszy od samego procesu nagrywania. Nasyciliśmy się nimi i jak już wrócimy z powrotem do normalnego trybu pracy, uwolnimy głowy od prywatnych spraw, to na pewno wrócimy do studia i zaczniemy skrobać nowe kawałki. Tęsknię już za tym bardzo. Kocham tworzyć ‒ o dziwo bardziej lubię ten proces niż późniejsze granie koncertów.

Magda: To wydaje się dość nietypowe, bo zazwyczaj słyszy się, że muzycy wolą grać na żywo niż siedzieć w studiu. 

Łukasz: Ja uwielbiam koncerty, szczególnie za ich energię, a nawet za ten towarzyszący im stres, kiedy zatyka mnie przez pierwsze trzy utwory i muszę walczyć sam ze sobą. Niemniej więcej komfortu sprawia mi siedzenie przy muzie ‒ robienie, zmienianie, dodawanie, pisanie tekstów. Gotowy numer wrzucam sobie później w telefon i słucham 30 dni z rzędu, bo jestem nim podekscytowany. Najczęściej jest to jeszcze przed tym momentem, kiedy trafi to do poważnego nagrania i później trzeba go jeszcze ograć z chłopakami na próbach. Te utwory więc tak naprawdę od powstania do chwili, kiedy są grane na koncercie, stają się przez nas oklepane. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy koncert przynosi mnóstwo pięknych momentów i dostarcza energii i dalszej motywacji do robienia tego dalej. Każde miejsce jest inne, każda publiczność jest inna, codziennie dzieje się coś innego.     

Ania & Magda: Dzięki, panowie. Trzymamy kciuki za kolejne materiały, za owocny proces twórczy no i życzymy niezwykle energetycznych ostatnich koncertów! Za chwilę zresztą widzimy się pod sceną.

Łukasz: Widzimy się. I damy czadu!

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
“But I loved it, ‘cause it’s dangerous” – Michael Jackson i jego ósmy muzyczny portret