Madame JeanPierre – „Tuli” [okładka płyty]
Madame JeanPierre – „Tuli” [okładka płyty]

Otulająca Madame JeanPierre (recenzja)

Album tajemniczo brzmiącego składu trafił do mojej świadomości w dniu premiery za sprawą newslettera wydawnictwa Soliton, pod którego szyldem płyta się ukazała. Tuli to pierwszy krążek zespołu Madame JeanPierre wydany przez tę oficynę, ale nie pierwszy w jego karierze.

Grupę muzyczną tworzą: wokalistka Joanna Markowska, gitarzysta Maciej Muszyński – duet założycielski – oraz zarządzający basem akustycznym Jędrzej Łaciak i zasiadający za bębnami Bartek Staromiejski. Tworzący w tej konfiguracji osobowej kolektyw swoją muzykę określa mianem „warm jazzu”, co zdecydowanie nie jest chybionym stwierdzeniem. Zarówno ono, jak i tytuł płyty – „Tuli” – obrazuje, jakich cech możemy doszukiwać się w dźwiękowej opowieści Madame JeanPierre.

Od pierwszych chwil obcowanie z brzmieniem najnowszego krążka zespołu wprowadza aurę wewnętrznego wyciszenia i okala przytulnością kameralnego wnętrza, w którym zaszywając się na nieco ponad trzy kwadranse, jednocześnie można puścić wodze wyobraźni i poszybować gdzieś w nieznane, ale bezpieczne miejsce. Ciemna barwa głosu Joanny dodaje magii i ciepła do artykułowanych przez nią słów, a gitarowe, cloudowe frazy Maćka Muszyńskiego zdają się płynąć pokrewnym nurtem do dźwiękowych sekwencji wychodzących spod palców Marka Napiórkowskiego. Kolejne pozycje z tracklisty nastrojone są a to tajemniczością, jak w przypadku „Lasu”, a to uczuciem nostalgii, jak w „My Self Love”, w którym do składu wykonawczego wyjątkowo dołączył Mateusz Pałka na pianinie. Emocjonalnego zabarwienia od początku do końca, niekwestionowanie nadaje im głęboko osadzony głos wokalistki.

Delikatnie bujająca, szeroko rozlewająca się, eteryczna, gitarowa melodia w „Ready for Love” nabiera właściwego kształtu właśnie od momentu wejścia ścieżki wokalu. Od połowy utworu natomiast pałeczka pierwszeństwa zostaje przekazana w „ręce” gitar, a właściwie gitarzystów, spośród których najpierw swój popis prezentuje Maciej, odpowiadający w zespole również za kompozycje, a zaraz po nim subtelną przechadzkę po strunach basu akustycznego odbywa Jędrzej. On z kolei w naturalny sposób podprowadza Joannę, która przypieczętowuje kunszt tej muzycznej sztafety. Podobną historię dostrzec można w, następującym po „Ready for Love”, „Otwartym domu”. 

Madame JeanPierre – „Ready for Love”

Bardzo komfortowym utworem z nieco innym przebiegiem niż poprzednie jest otwierający na trackliście drugą połowę stawki numer „Wings”. Co ciekawe, znalazł się on także na debiutanckim albumie grupy, „Lete”. W tamtych okolicznościach wykonywany był w innym charakterze, zabarwiony nutą subtelnej bossa novy. Na „Tuli” muzycy obniżyli jego temperaturę i wtłoczyli nieco więcej przestrzeni, co rozszerzyło pole do interpretacji. Dzięki temu, słuchając rozkładamy – nomem omen – skrzydła wyobraźni i powoli i miękko wzbijamy się na bezpieczną wysokość, którą osiągamy już podczas pierwszego refrenu. Dalszy przebieg pozostawię do dopowiedzenia każdemu, kto się na tę podróż zdecyduje.

„Tuli” jest bardzo spójnym muzycznie albumem. Warte wspomnienia jest też z pewnością to, że repertuar zarejestrowany na krążku, blisko w połowie dzieli się między utwory wykonywane po polsku oraz po angielsku. Takie sytuacje często zdarzają się na płytach jazzowych artystów, co akurat jestem im w stanie wybaczyć. Zazwyczaj bowiem materiały muzyczne zawierające miks utworów śpiewanych naprzemiennie w tych dwóch językach nie należą do moich ulubionych.

Madame JeanPierre, fot. Klaudia Krupa.

Madame JeanPierre zamyka swój drugi album bodaj najpopularniejszym* (*teza czysto subiektywna, wysnuta na podstawie własnych obserwacji) na polskim podwórku standardem, który wyrósł z filmowego gruntu i zasymilował się już z większością popularnych gatunków muzycznych, choć z jazzem najbardziej. Wyjątkowo przejmująco dziś brzmiące Komedowe „Nim wstanie dzień” nie przygniata tu jednak ciężarem smutku, a co najwyżej otula smugą melancholii, z której im bliżej końca, wyłaniają się coraz jaśniejsze refleksy – tak jak zostało to zobrazowane na okładce wydawnictwa.              

Madame JeanPierre – „Nim wstanie dzień”

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Daniel House, photo by Bill Green
Daniel House, Skin Yard: I still have my bass. (Interview)