Chemia, fot.: Oliver Price, Video Ink Ltd
Chemia, fot.: Oliver Price, Video Ink Ltd

Chemia: „Przy Something To Believe In wróciliśmy do tego, kim jesteśmy naprawdę.” (wywiad)

Po kilku latach nieobecności na rynku wydawniczym Chemia powraca z piątym albumem studyjnym – „Something to Believe In”. Nowa płyta z miejsca podbiła serca słuchaczy i… krytyków muzycznych, nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Do tego, aby wyjść ze swoją muzyką w świat, zespół aspirował zresztą od zawsze. Jednocześnie mieli świadomość, że marzenie to może nigdy się nie zrealizować. O tym, dlaczego trudno jest przebić się na rynku muzycznym, nie tylko poza granicami naszego kraju, ale często również tu, wewnątrz; jak te wszystkie zawirowania, które doprowadziły do tego, że pomiędzy dwoma ostatnimi albumami mamy aż 7 lat przerwy, wpłynęły na zespół; w jaki sposób sami postrzegają swój nowy materiał; co spowodowało, że pojawiło się na nim kilka nietypowych, zaskakujących brzmieniowo, rozwiązań oraz o tym, jacy artyści mieli największy wpływ na to, że w ogóle sięgnęli kiedyś po gitary, opowiadają Wojtek Balczun i Maciek Papalski.

Nasze życie w dużej mierze zdeterminowane jest przez procesy chemiczne. Jedna reakcja staje się katalizatorem do zajścia kolejnej. Gdybyście mieli wskazać moment, zdarzenie, które doprowadziło Was tu, gdzie jesteście dziś, jako zespół, to co by to było?

Maciek: Ja powiedziałbym, że u pradziejów wszystkiego i tak jest zawsze Wojtek.

Wojtek: Nie, nie, nie. To jest do wycięcia. (śmiech)

Maciek: Nie no, może brzmi to trochę przekornie, ale taka jest prawda, zespół istnieje dzięki Wojtkowi.

Rzeczywiście, gdyby Wojtek w 2007 roku nie postanowił założyć kapeli, to pewnie byśmy tu dzisiaj, przy tej kawie, nie siedzieli i nie rozmawiali.

Maciek: Otóż to.

Wojtek: A mówiąc tak już serio i bardziej praktycznie niż teoretycznie, myślę, że tym punktem, w którym to wszystko nabrało charakteru i zaczęło się dziać na poważnie, był moment, kiedy Łukasz został wokalistą zespołu.

Maciek: Patrz, jak mu słodzi. (śmiech)

Wojtek: Dlatego, że to zawsze jest tak, że o zespole, o brzmieniu, w największym stopniu decyduje ten, który trzyma mikrofon – jego barwa głosu, której nie można kupić w sklepie, która jest darem natury, czymś niepowtarzalnym. Gitarę można kupić, perkusję można kupić, oczywiście można też nabyć unikatowych umiejętności gry na instrumencie, ale powiedzmy sobie szczerze – takie jednostki jak  Eddie Van Halen  są pojedyncze w skali całego świata. W dużej mierze więc o charakterze bandu decydują właśnie wokaliści.

Często mają też wpływ na charakter samej warstwy muzycznej materiału. Jak wygląda proces twórczy w Chemii?

Wojtek: Utwory, nad którymi pracujemy zaczynają się od pracy mojej – jako dawcy riffów, z Łukaszem – który jest dawcą melodii. My tworzymy zarys, początek, który podlega potem recenzowaniu, a czasem wykpieniu, przez naszych sympatycznych kolegów z zespołu.

Maciek: Oczywiście, przede wszystkim szydera.

Wojtek: Na tym się opiera każdy zespół.

Maciek: Bo wiesz, jak już sobie tak pojedziemy, każdy każdemu w zespole, to łatwiej jest później przyjąć krytykę z zewnątrz. Poza tym to takie nasze polskie: „no niby spoko, ale trochę takie chujowe”.

Wojtek: Jestem  bardzo często obiektem tej szydery, dlatego, że mam w sobie cały czas taką trochę naiwną wiarę w świat, w człowieka, w marzenia. I w to, że warto się cały czas nie poddawać i wychodzić zupełnie poza ramy standardowego sposobu działania i myślenia. A z drugiej strony może właśnie rzeczywiście jesteśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy, dzięki temu.

Nie wiem, czy nazwałabym takie myślenie naiwnym. Sądzę, że jest bardzo potrzebne, bez tego do niczego byśmy nie dążyli i w efekcie niczego byśmy nie osiągali.

Wojtek: Nasza droga była długa i pokręcona, nie było nam wcale łatwo. I przed kryzysami ocaliło nas chyba tylko to, że u podstaw wszystkiego ta wiara w marzenia była cały czas obecna. Chociaż całkiem  nie uniknęliśmy kryzysów, bo przecież były zmiany w składzie, był też tzw. w naszym slangu urlop Łukasza.

No właśnie, trochę zawirowań po drodze mieliście. Patrząc jednak na waszą historię i jednocześnie na to, jak wygląda to wszystko dzisiaj, mam wrażenie, że teraz te wiązania między cząsteczkami w zespole są silniejsze niż kiedykolwiek. Zgodzilibyście się z tym stwierdzeniem?

Wojtek: Myślę, że tak. Tzn. my w ogóle staramy się unikać górnolotnych słów, bo wiemy, że to wszystko jest też bardzo delikatną strukturą. Już wielokrotnie w przeszłości używaliśmy wielkich wyrażeń na to, co jest między nami, a potem się okazywało, że wcale aż tak do końca to wszystko nie wyglądało, jak byśmy chcieli. Teraz jest bardzo dobrze, dlatego że nie próbujemy zaczarowywać rzeczywistości.

Maciek: Wypracowaliśmy też taką wspólną formułę nietuzinkowej ostrości dzielenia się ze sobą spostrzeżeniami, w sposób taki, jak robią to koledzy z osiedla. I to chyba w przypadku zespołu sprawdza się najlepiej. Wiesz, to wspólne przesiadywanie w busie, te wspólne wyjazdy, mieszkanie w hotelach, wiadomo, każdego to może męczyć. Ale jeśli tylko podchodzi się do tego troszeczkę na zasadzie koleżeńskiej, młodzieńczej przygody, to chyba jest w wielu kwestiach łatwiej. Łukasz z Wojtkiem załatwiają mnóstwo rzeczy organizacyjnych, w tych tematach reszta zespołu nie uczestniczy, więc na nich też spoczywa ten taki największy ciężar psychiczny i emocjonalny. Ale później, jak już działamy razem, to staramy się, żeby było jednak mega na luzie, staramy się szanować zarówno swoje zalety, jak i wady.

Mówi się, że zespół jest jak małżeństwo, tylko zamiast związku dwojga ludzi, mamy związek 4 czy 5 osób. To nie jest łatwe do utrzymania, ale jeżeli tylko wszyscy zaakceptują zarówno te dobre, jak i złe strony, i będą patrzeć w tym samym kierunku, to ma to szansę przetrwać.

Wojtek: Myślę, że wszyscy w naszym zespole są razem głównie ze względu na swoje zalety, a jednocześnie, że zespół się nie rozpadł dlatego, że umiemy żyć także ze swoimi wadami. I to jest po prostu wynik doświadczenia – całego szeregu różnych zakrętów, które przeżyliśmy. Bo człowiek do pewnego wieku, kiedy  doświadczenia jeszcze mu trochę brakuje, działa dużo bardziej emocjonalnie i bardzo często potem budzi się z przysłowiową ręką w nocniku. W tej chwili jesteśmy świadomi wszystkiego co jest na plus i co jest na minus, jesteśmy w stanie ze sobą żyć i tworzyć, być i mieć z tego ogromną przyjemność. I pozytywną energię twórczą, która jest  tak naprawdę najważniejsza, bo nie jesteśmy ze sobą tylko dla własnego towarzystwa, ale dlatego, żeby nasze wszystkie ambicje i potencjał twórczy się kumulowały.

Maciek: Jeśli ma się wspólny cel – chce się grać, chce się pokazywać własną twórczość, to wszystkie te różnice, wszystkie te problemy, jakoś łatwiej jest też ogarnąć. Może zabrzmi to trochę twardo, ale to jest poniekąd też taka kalkulacja – chcę grać, znalazłem fajnych ludzi, coś mi tam może nie pasować w danym momencie, w innym im może coś we mnie nie pasować, ale chcemy wspólnie działać. I to nas napędza.

Ostatni krążek Chemii spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Mariusz Jagiełło z portalu SztukMix, w recenzji „Something To Believe In” napisał nawet, że jest to wasz najlepszy i najbardziej dojrzały album. Macie również takie poczucie? Traktujecie tę płytę jako swoje opus magnum?

Wojtek: Dla nas, szczerze mówiąc, ten krążek ma już dosyć długą brodę i bardzo byśmy chcieli sprawdzić się w boju przy tworzeniu nowego materiału. Z całą pewnością wszystkie rzeczy, które się wydarzyły przez te lata (a od pierwszego koncertu Chemii minęło ich 12) wpłynęły na to, jaką płytę nagraliśmy. I na pewno na moment, w którym ją rejestrowaliśmy, mieliśmy poczucie, że jesteśmy w dobrym punkcie, w dobrym miejscu. Dla wszystkich, którzy teraz słuchają tej płyty, jest to coś nowego, dla zespołu właściwie jest już ona historią. Wyzwaniem jest dla nas teraz to, żeby się dalej rozwijać, może czymś zaskoczyć, może trochę skorygować kurs. I ja już się naprawdę nie mogę doczekać tego momentu, kiedy  zaczniemy pracować nad nowymi numerami.

Maciek: To jest moja pierwsza płyta z zespołem Chemia więc nie wiem, trudno mi ocenić, czy rzeczywiście jest najlepsza. Ale jeśli przez krytyków jest uważana za najbardziej dojrzałą, to nie mam powodu, żeby im nie wierzyć.

Wojtek: Wszystko może zatem dzięki Maćkowi.

Czyli wracamy do początkowego pytania o przełomowy moment i korygujemy odpowiedź (śmiech)

Maciek: (śmiech) Nie no, oczywiście, że nie, ale chyba te wszystkie zmiany w składzie, te wszystkie urlopy, na dobre wyszły. To jest też właśnie to odpuszczenie, na które trzeba sobie pozwolić, ten dystans twórczy, który trzeba złapać.

Wojtek: Myślę, że duży wpływ miało też to, że pierwszy raz pracowaliśmy z producentem, a nawet można powiedzieć że z dwoma, bo płytę zaczynaliśmy komponować i aranżować wspólnie z Maćkiem Mąką – naszym byłym gitarzystą, a wciąż przyjacielem zespołu, który cały czas na pokładzie Chemii jest, mimo, że nie gra z nami na co dzień. Czujemy z nim taką więź twórczą, która powoduje, że bardzo fajnie wymieniamy się wzajemnymi potencjałami. On idealnie koryguje stworzone pierwotnie riffy, dodaje smaczku i na samym końcu, jak jeszcze zespół dołoży swoje, powstają z tego naprawdę świetne rzeczy.

Maciek: On w ogóle jest w tej chwili jednym z takich najbardziej wziętych producentów w Polsce, współpracuje z wieloma artystami z obszaru muzyki rockowej, więc też sporo doświadczenia nabrał przez te wszystkie lata i dzięki temu ma dużo takich oryginalnych, ciekawych pomysłów.

Wojtek: Na pewno, natomiast – oczywiście jestem nieobiektywny w tym temacie – nawet słuchając tych wszystkich innych rzeczy, i często się nimi też zachwycając, wciąż mam poczucie, że to co robimy wspólnie najfajniej gdzieś tam się skleja. Andy Taylor też miał oczywiście ogromny wpływ na to, co powstało. W sensie brzmieniowym, bo nie na sferę kompozycyjną, tutaj jego wpływ był raczej symboliczny. Za to Andy napisał wszystkie teksty na płytę i jest to dla nas takie epokowe wydarzenie, bo po raz pierwszy oddaliśmy tę część w czyjeś ręce, oczywiście nie licząc zamierzchłych czasów i pierwszej płyty. Tworząc ten materiał pierwszy raz także potrafiliśmy poskromić swoje ambicje i na pierwszym planie postawiliśmy dobro utworu – to, żeby każdy mógł włożyć swoje sugestie, żeby każdy miał wpływ na to, co powstaje. Pozbyliśmy się  ambicjonalnego pilnowania, żeby moje było na wierzchu, żebym jak najwięcej zagrał, żeby moja partia nie zniknęła w miksie. Myśleliśmy bardzo piosenkowo przy tej płycie.

Maciek: Brzmieniowo uwagi Andy’ego dużo też wniosły do materiału, to jego takie brytyjskie podejście do dźwięku. I mimo, że tym razem nie nagrywaliśmy w studio w Vancouver, to jednak też mogliśmy tam zrobić co tylko chcieliśmy. Dobry producent potrafi wycisnąć z brzmień, z instrumentów, ze sprzętu, właściwie wszystko, co potrzeba. My jako gitarzyści często wymienialiśmy się też partiami, każdy z nas grał przez to nie tylko te swoje i wychodziła z tego taka dziwna hybryda. Ale ostatecznie to jest na pewno na plus, zarówno dla piosenki, jak i szerzej – dla ogółu.

A propos brzmienia płyty, wasze nowe wydawnictwo jest pod tym kątem trochę inne niż te dotychczasowe. Poprzednie płyty były bardziej jednorodne, od początku do końca dominował ten klimat hard rockowy z metalowymi sznytami. „Something To Believe In” jest zdecydowanie bardziej wielobarwna, wędrujecie po różnych stylistycznych zakamarkach. Pojawia się trochę bluesa, pojawia się country. Co spowodowało te zmianę?

Wojtek: Myślę, że my zawsze byliśmy wielowymiarowi, natomiast w związku z tym, jak już wspomniałem, że mieliśmy dosyć pokrętną drogę i ciągle coś musieliśmy udowadniać – że kimś jesteśmy albo kimś nie jesteśmy – miało to swoje odzwierciedlenie w nagrywanych przez nas albumach. „Let Me” była płytą, którą chcieliśmy zdecydowanie postawić kropkę nad i, jeśli chodzi o to, że jesteśmy zespołem rockowym, że nie jesteśmy bandem, który nie wie, w którą stronę podążać. I nawet pamiętam dobrze swoją rozmowę z Mikiem Fraserem, przed sesją nagraniową w Gdańsku w Custom 34, w której wyłożyłem mu tę naszą filozofię, z czego on się zresztą ucieszył. Wyeliminowaliśmy wtedy z utworów te, które naszym zdaniem za bardzo zmiękczały tamtą płytę. Swoją drogą to były piękne kawałki, do których może i jeszcze sięgniemy. Przy „Something To Believe In” wróciliśmy do tego, kim jesteśmy naprawdę. W ogóle nie kalkulowaliśmy, po prostu wybraliśmy i zrealizowaliśmy pomysły, które wydawały nam się najlepsze.

Maciek: Andy też zasugerował sporo z tamtych demówek.

Wojtek: Niektóre sami też odrzuciliśmy, np. na etapie pracy jeszcze z Maćkiem Mąką. Pamiętam jak mu zagrałem riff do „Tumbleweed” i nie do końca go  przekonał, mówił, że to chyba za bardzo countrowe, choć trzeba powiedzieć, że on absolutnie  kocha muzykę country. Powiedziałem mu żebyśmy pomyśleli jednak o tym, że może coś z tego wyjdzie. I rzeczywiście, jak zaczęliśmy pracować nad tym kawałkiem, okazało się, że wystarczyło do tego riffu użyć gitary dobro, troszeczkę go wypolerować kompozytorsko i – tutaj chapeau bas dla Maćka – nagle powstała bardzo fajna piosenka.

Maciek: Pamiętam, że my ją graliśmy jeszcze zanim Łukasz wrócił i ona już wtedy brzmiała trochę bardziej popowo, tylko, że miała więcej grunge’u w sobie. Ostatecznie wydaliśmy ją teraz i ona nadal jest popowa, tylko bardziej już country-pop-rockowa.

Muszę przyznać, że ten numer jest jednym z moich ulubionych na płycie. Mam ogromną słabość do country-rocka.

Wojtek: Tak, ja też myślę, że to jest świetny kawałek. Pamiętam jak pracowaliśmy nad „Eagles in The City” – ostatnim utworem na „Something To Believe In” – i Łukasz wymyślił patent, żeby wykorzystać tę samą melodię w intro i w refrenie, przy różnych harmoniach, co zdecydowanie nadało charakteru utworowi. Jak już trafiliśmy na ten zaczyn pomysłu, to zaczęliśmy myśleć jak poprowadzić melodię żeby nie była sztampowa, żeby fraza popłynęła w stylu właśnie country-bluesowych wykonawców, typu Chris Stapleton. Łukasz pomyślał: ok, spróbuję inaczej niż zawsze, niż mi wygodnie. I nagle się okazało, że powstała ciekawa, piękna i wpadająca w ucho, moim zdaniem, melodia. A jak mawiał nasz brytyjski manager – niezależnie czy się gra rocka czy inne style muzyczne, na samym końcu z piosenki zostaje melodia i listonosz, który powinien ją sobie z łatwością zagwizdać. Serio, mówi to manager bardzo rockowych bandów, w tym zespołu Skindred, który jest wręcz z pogranicza metal core’u, a na pewno mniej melodyjnego grania.

Maciek, powiedziałeś, że wcześniej ta piosenka była bardziej grunge’owa, ostatecznie taka co prawda nie została, ale ja tego grunge’u słyszę też sporo w innych waszych kawałkach. W recenzjach wielu autorów wskazywało wiele różnych zespołów, z najróżniejszych odmian rocka, których echa odnajdują w „Something To Believe In”. I myślę, że każdy słyszy tu po prostu przede wszystkim to, co najbliższe jego sercu. Jeśli Wy mielibyście wskazać artystów, którzy w największym stopniu ukształtowali waszą wrażliwość muzyczną to byliby to? Ja wiem, że często trudno jest wskazać…

Maciek: Eddie Van Halen!

Ok, czyli jednak nie było to trudne pytanie (śmiech)

Wojtek: Ja odpowiem na to oczywiście długo i przewrotnie. Po pierwsze, akurat nie jestem żadnym ekspertem od grunge’u, mimo, że czasami ktoś mówi, że wymyślam grunge’owe riffy. Grunge przeszedł trochę obok mnie, szczerze mówiąc.

Maciek: My we dwójkę nie jesteśmy w ogóle grunge’owi.

Wojtek: Ale wiem skąd to skojarzenie z grungem po części się bierze – z barwy głosu Łukasza.

Maciek: A on z kolei lubi grunge, więc może podświadomie, w melodii, rzeczywiście do niego nawiązuje.

Wojtek: Tak, to gdzieś tam wypływa. Łukasz bardzo często jest w ogóle porównywany do Chrisa Cornella w recenzjach.

Dokładnie, momentami – bo też nie we wszystkich utworach – właśnie z Chrisem mi się najbardziej kojarzy.

Wojtek: Natomiast powiem w ten sposób, jeśli chodzi o inspiracje – to, że pracujemy i w Polsce, i poza granicami, wynika z tego, że zdaniem tych ludzi, którzy chcą z nami pracować, gramy po prostu swoje. A to, jak mówisz, że każdy z dziennikarzy słyszy co innego, jest tylko tego potwierdzeniem. Bo jakbyśmy byli tylko taką konkretną, jednoznaczną, zero-jedynkową kopią, to w każdej recenzji byłoby to samo. Ostatnio usłyszeliśmy, że ktoś doszukał się w naszej muzyce Black Sabbath i Ozzy’ego Osbourne’a. Nigdy w życiu byśmy się o to nie podejrzewali. Ja np. jestem fanem zespołów typu Queen, Led Zeppelin, słucham muzyki o bardzo szerokim zakresie – lubię też muzykę klasyczną, elektroniczną, jazz.

Maciek: Tak naprawdę jak każdy z nas, tylko wiesz, jeśli mówimy o tych korzeniach, to Ty Wojtek miałeś TSA, dlatego ja rzuciłem też Eddiego Van Halena. Wcześniej też słuchałem jeszcze KISS-ów i innych zespołów, ale jak zobaczyłem i usłyszałem Eddiego po raz pierwszy, to już wiedziałem, że tu już nic więcej się nie wydarzy, że to jest właśnie to. Wiadomo, że od tamtego czasu wiele się wydarzyło. Ucząc się w szkole muzycznej, poznając i grając utwory z różnych epok, człowiek ze wszystkiego tak naprawdę czerpie. Ale kluczowy jest chyba rzeczywiście ten pierwszy impuls. I za każdym razem, gdy wchodzisz potem na scenę, to zawsze gdzieś tam ci w głowie tkwi ten mały Eddie.

Wojtek: Tak,  będąc nastolatkiem byłem ogromnym fanem zespołu TSA, jeździłem za nimi na koncerty, zbierałam gadżety, gifty, które wpadły mi w ręce – typu złamana pałeczka perkusyjna Zbyszka Kraszewskiego czy paczka po Marlboro po którymś z muzyków. Prowadziłem zeszyt, wycinałem wszystkie artykuły o nich. W każdym zeszycie szkolnym miałem logo TSA napisane pewnie ze 100 razy na każdej stronie, na okładkach, gdzie tylko się dało.

Maciek: Do tej pory śpiewa wszystkie teksty z pamięci.

Wojtek: To na pewno był zespół, który miał ogromny wpływ na moją edukację muzyczną.

Wojtek, nawiązałeś też do tego, że pracujecie z ludźmi zza granicy i wychodzicie ze swoją muzyką poza granice naszego kraju. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że od samego początku byliście zespołem, który miał takie aspiracje i że oczywiście wielu artystów o tym marzy, ale trudno jest ten cel zrealizować. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje? Czy jest to kwestia braku odpowiednich kontaktów, promotorów, managementu?

Maciek: Wydaje mi się, że management dla każdego zespołu to jest rzecz absolutnie kluczowa.

Wojtek: W związku z tym my managementu nie mamy. (śmiech)

Maciek: Teraz nie mamy, ale to co się wydarzyło przez ostatnie 3 lata, to też jest ogromna zasługa Sevena (Webstera, przyp. red.)

Wojtek: Absolutnie tak, jesteśmy w kontakcie z nim cały czas.

Maciek: To, że nawiązaliśmy kontakt z Andym i że z tego coś w ogóle wyszło, to jest zasługa managementu. Ale żeby złapać dobry management, to nie wiem, czy jest na to dużo patentów. Przecież poznaliście Sevena na długo wcześniej zanim zaczęliśmy z nim oficjalnie współpracować. Myślę, że po prostu trzeba jeździć, grać, a może ktoś kiedyś przyjdzie, usłyszy, zobaczy, a po jakimś czasie sobie przypomni i się odezwie. Kluczem jest chyba jednak ta wytrwałość i konsekwencja. Jest wiele czynników które mogą pomóc i wiele jest takich, które mogą dużo utrudniać, ale niezależnie od okoliczności zawsze trzeba dążyć do tego, żeby mieć dobrego managera.

Wojtek: Ja bym powiedział w ten sposób – sam odkrywam dużo fajnych zespołów w Polsce, mało tego, w tzw. podziemiu rockowym powstaje coraz więcej bardzo dobrych bandów, bardzo dobrze śpiewających po angielsku, co było kiedyś problemem, dobrze wyprodukowanych wbrew pozorom i całkiem oryginalnych muzycznie. I te wszystkie zespoły mają problem, żeby się w ogóle przebić na naszym polskim rynku, a co dopiero wyskoczyć za granicę. Po pierwsze – nikt tam na nas nie czeka, po drugie – mają tam czekające w kolejce tysiące własnych zespołów, czy to jest UK, Niemcy, Szwajcaria, Szwecja, USA czy Kanada – mają mnóstwo oryginalnych bandów, więc wybicie się z jakiejś Polski, z jakiejś Europy Wschodniej, do takiego jeszcze w naszej kategorii powiedzmy mainstreamu rockowego, jest zadaniem praktycznie graniczącym z niemożliwym. Są oczywiście przykłady bardzo fajnych karier, głównie muzyki ekstremalnej – Behemoth, Decapitated, Vader czy z rocka progresywnego – Riverside. To są zespoły, które sobie poradziły całkiem dobrze, są rozpoznawane na świecie, grają trasy koncertowe, zapełniają całkiem spore venues. Natomiast jeżeli popatrzymy w kategorii zespołów, które są u nas uznawane za gwiazdy, to żaden z nich nigdzie nie zafunkcjonował poza granicami Polski.

I tu też można by zadać pytanie – dlaczego?

Wojtek: Po pierwsze – śpiewają po polsku, po drugie – nie chcę krytykować, bo to nie o to zupełnie  chodzi,  ale wydaje mi się, że bardzo często w Polsce karierę robiły zespoły, które były większymi lub mniejszymi kopiami czegoś, co było popularne za granicą, na zachodzie. Dla nas brzmią dobrze, bo brzmią światowo, kojarzą nam się ze świetnymi grupami, które są lub były tam  na topie. Przypominam lata 80. i wpływ The Police na największe polskie zespoły, legendarne do dzisiaj.

Maciek: Zwłaszcza na jeden.

Wojtek: I w takiej sytuacji ci zza granicy nie chcą brać czegoś, co jest substytutem, jeżeli mają oryginał. Mogą wziąć taki zespół wyłącznie jako ciekawostkę – zobaczcie, coś tam powstało w Polsce co jest takie samo, jak nasz zespół X. Zafunkcjonować i zrobić realną karierę jest bardzo trudno, powiedziałbym ekstremalnie trudno. My też nie robimy żadnej wielkiej kariery – żeby była jasność – my marzymy sobie o tym, próbujemy coś tam zdziałać, natomiast mając naście lat doświadczeń i jeszcze działając w  kategorii muzycznej, w której się znajdujemy, wiemy, że  jest to praktycznie niemożliwe.

W przypadku grup będących niejako substytutami sytuacja jest jasna, ale wciąż mamy też dużo bardzo dobrych, a przy tym oryginalnych i jak sam wcześniej zauważyłeś – śpiewających po angielsku – zespołów.

Maciek: Wydaje mi się, że jeszcze ważną kwestią są jednak teksty. Napisać dobry tekst w obcym języku jest trudno, native speaker zawsze zrobi to lepiej. I chyba w przypadku naszej ostatniej płyty, to że mamy bardzo pozytywny odzew w UK czy w ogóle na zachodzie, to wydaje mi się, że oprócz tej sfery typowo muzycznej – melodii, harmonii, rytmów, brzmień – to jednak w dużej mierze jest też zasługa tekstów Andy’ego. One do tych odbiorców po prostu trafiają. Są ciekawe, nie są banalne, nie są śpiewaniem rock n’ roll all night, co też miewa swój urok oczywiście. Wydaje mi się, że to jest właśnie klucz. I że wiele polskich zespołów, które świetnie grają, dobrze brzmią, może mieć problem z tą sferą tekstów, przekazu, może tam czegoś brakuje. Nie wiem, trochę gdybam, szukam odpowiedzi.

Wojtek: My wielokrotnie chodząc do polskich stajni managementowych odbijaliśmy się od drzwi. W związku z tym, że myślimy szerzej i chcemy działać dalej, nie tylko na lokalnym podwórku, nikt nie był nami nigdy zainteresowany. Dlatego pewnie, że wyjście na zewnątrz wymaga zupełnie niestandardowego myślenia. A tutejszy rynek jest jednak dosyć jednoznacznie poukładany i bardzo dobrze przez nich rozumiany.

Maciek: Jak wszędzie na świecie. Brytyjczycy też najlepiej rozumieją swój rynek.

Wojtek: Jasne, ale potrafią sprzedać swoją muzykę za granicę, np. do USA.

Maciek: A USA to nadal Anglosasi.

Wojtek: Trzecia rzecz to jeszcze chyba polityka dużych wytwórni płytowych, które mają takie strategie, że mają tzw. globalne marki, za które ich lokalne biura w poszczególnych krajach odpowiadają. I jeżeli, przykładowo, AC/DC wydają płytę, to od razu jest ogólnoświatowa kampania i każdy wykonuje swoje zadania związane z promocją tej płyty w danym kraju. Natomiast lokalne zespoły są dla tych wytwórni wypełnieniem wyłącznie lokalnych potrzeb. I nie widziałem jeszcze przypadku, żeby któryś z naszych majorsów wyłożył naprawdę poważne pieniądze, żeby zainwestować w polskiego wykonawcę i z nim pójść dalej. Myślę, że oni nawet nie mają takiego zakresu w swoich kompetencjach. Takie działania wymagają poważnych nakładów i obarczone są ogromnym ryzykiem

Maciek: Bo nie ma też typowo polskich wytwórni, które by miały takie zasięgi. Wszystkie te, które mają, nie są w polskim kapitale. Inaczej może, w przypadku muzyki np. jazzowej to się częściej zdarza, oczywiście publiczność jest trochę inna i na pewno nie tak szeroka, jak w przypadku zespołów typu AC/DC czy Guns N’ Roses. Ale jeśli – to już wiele lat temu, ale warto wspomnieć – Anna Maria Jopek nagrywa z Pathem Methenym, no to jadą w trasę – on przyjeżdża tu, ona jedzie tam i grają. I zapełniają sale. I to się udaje. Te ambitniejsze odmiany muzyki mają szansę dotarcia do jakiegoś wąskiego grona za granicą, ale na taką wielką skalę, jak ty mówisz Wojtek, to faktycznie się chyba nigdy nie wydarzy. Musiałaby przynajmniej jedna wytwórnia w Polsce osiągnąć taki status, żeby funkcjonować na płaszczyźnie Europy. Albo chociaż w więcej niż jednym kraju.

Teoretycznie są też instytucje państwowe, których zadaniem jest promocja polskiej kultury za granicą, ale…

Wojtek: I tutaj powinno paść pytanie czy są one w stanie wyjść z tych tradycyjnych butów, w których funkcjonują, z tej banieczki. Czy potrafiłyby zrobić rzetelną i realną selekcję kto tak naprawdę ma wystarczająco duży potencjał, żeby zafunkcjonować za granicą i w takiego artystę zainwestować. Bardzo często odbywa się to w ten sposób, że uruchamiają finansowanie na zasadzie – ok zrobimy 15 imprez, bo tyle mamy zaplanowanych w budżecie na promocję Polski w różnych krajach, i wyślemy tam jakieś znane nazwiska. No, tyle, że te gwiazdy śpiewają po polsku i ktoś, kto przychodzi na te imprezy za granicą, posłucha ich wyłącznie w kategoriach ciekawostki.

Maciek: Trochę miałem okazję ostatnimi czasy się z tym tematem zmierzyć albo zaobserwować przynajmniej jak to wygląda i muszę tu zaznaczyć, że polskie instytucje inwestują w polskich muzyków, ale… to jest wszystko w obrębie muzyki klasycznej.

No właśnie.

Maciek: Jest od groma polskich wokalistów i wokalistek operowych i świetnych instrumentalistów, którzy grają na całym świecie. Te instytucje nie zainwestują w rozrywkę nigdy, ponieważ rozrywka to jest ostatnie niecałe 100 lat. Promując polską muzykę trzeba promować też trochę – a przynajmniej te instytucje mają to w swoich korzeniach – tradycję, kulturę, historię. A muzyka poważna to są przecież wieki osiągnięć. W rozrywkę nie wejdą też dlatego, że wiele zespołów ma także styl życia rozrywkowy, a to nie są pewne inwestycje. Co oczywiście nie oznacza, że muzycy klasyczni też nie imprezują.

Wojtek: Przez te lata spotkaliśmy wiele poważnych osób ze światowego show-biznesu i wszyscy oni za każdym razem mówili nam jedną rzecz – praca, praca, praca, pokora, pokora, pokora, dyscyplina i profesjonalizm. Tylko tacy artyści są w wstanie zafunkcjonować. Natomiast popatrzcie, skoro Włosi mogą, Szwedzi mogą, Finowie, Norwegowie, Niemcy, Hiszpanie też, to dlaczego Polska nie może wypromować w muzyce rozrywkowej artysty, który naprawdę zrobi światową karierę? Nie w sferze niszowej, bo absolutnie uważam, że to co zrobił Nergal z Behemothem to jest po prostu kosmos, ale w sferze muzyki bardziej popularnej, nawet jeśli ona będzie rockowa. Wszystkie te kraje są w stanie wypromować takich artystów, a my nie.

Maciek: To jest oczywiście też Wojtuś to, o czym nie raz rozmawialiśmy – to jest kwestia u nas dopiero ostatnich 30 lat. Myślę, że to prędzej czy później się wydarzy.

Wojtek: Chciałbym dożyć tego momentu.

Ja również.

Maciek: No ale słuchajcie, umówmy się, te kwestie geopolityczne, tych przemian, to, że my tak naprawdę dopiero teraz wchodzimy na salony, to też ma w tym wszystkim ogromne znaczenie.

Wojtek: No dobra, przyjrzyjmy się momentowi, w którym aktualnie się znajdujemy – w kontekście największej tragedii w ostatnich kilkudziesięciu latach, która się wydarzyła – czyli regularnej wojny, w której kraj niewinny, nie mający złych zamiarów, został zaatakowany przez agresora, używającego siły militarnej na pełną skalę w imię swoich imperialnych zakusów. Cała ta sytuacja jest absolutnie potworna, ale jednocześnie też spowodowała, że Polska dostała gigantyczny zastrzyk pozytywnego PR-u, na całym świecie. A to jest znowu pewien rodzaj platformy, która mogłaby  pomóc zrealizować nam wiele celów, w tym to, o czym mówimy. Tylko w tym momencie powinna nastąpić pełna mobilizacja wszystkich, ułożenie planu, wydzielenie na to odpowiednich środków. Bo w tej chwili wszyscy się interesują tym, co polskie. Dziennikarze, którzy recenzują naszą płytę w Wielkiej Brytanii, Niemczech itd., wszyscy wspominają o naszej współpracy z Ukrainą, o naszych ukraińskich piosenkach, o tym, że przeznaczamy 25% dochodu ze sprzedaży płyty dla Ukrainy, że robiliśmy pomoc humanitarną wprost – wysyłając tam busy, jedzenie itd. Dla wszystkich Polska i to co robią Polacy aktualnie w tej sytuacji, to jest temat wzbudzający ogromne zainteresowanie. A zatem mówiąc trochę pragmatycznie, na  tym można „ugrać” swoje. Tylko  jest to moment, który nie będzie trwał wiecznie.

Maciek: Nawiązałeś od razu do sytuacji typu zespół, a to jest trochę co innego. Powiedziałeś, że pojawiło się dla nas – ogólnie Polaków i Polski – tyle perspektyw, i zgoda. Ale, moim zdaniem, tak jak dużo możliwości się pojawiło, tak samo jednocześnie pojawiło się także wiele zagrożeń. Wiele osób, wielu polityków, będzie to co robimy, maksymalnie umniejszać.

Z całą pewnością znaleźliśmy się w historycznym dla nas momencie, ze wszystkimi tego dobrymi, jak i złymi stronami. Pytanie, jak to wykorzystamy, jak z tego wyjdziemy.

Wojtek: I właśnie teraz Magda jesteś świadkiem tych dwóch stron medalu – ja marzenia i pozytywna energia, optymizm i wiara w cuda, Maciek patrzy na tę ciemną stronę tej sytuacji, która oczywiście też jest, nie możemy na to zamykać oczu. Oczywiście, że nie wszystkim będzie się podobało to, żeby Polska rosła w siłę. To jest zawsze czyimś kosztem. Zawsze tak było, jak świat stary. Od zarania dziejów silne kraje walczyły ze sobą i prowadziły swego rodzaju grę interesów. Natomiast mówię o tym, że to jest dla nas wyjątkowo sprzyjający moment. I być może takiego sprzyjającego momentu nie było od kilkuset lat. Czytałem ciekawą wypowiedź, że przede wszystkim pierwszy raz od setek lat nie jesteśmy krajem transakcyjnym.  Bo to się przesunęło, niestety dla Ukrainy, ona teraz takim krajem się stała – państwem, którym próbuje się w tym momencie handlować. Kiedyś zawsze się handlowało Polską, kosztem Polski. Fajnie byłoby naszą aktualną pozycję wykorzystać również w sferze kultury, w sferze promocji artystów, ale nie tych, którzy są od dziesiątek lat przy korytku i bardzo dobrze sobie z tego żyją, tylko tych, którzy wkładają naprawdę gigantyczną pracę, energię i poświęcenie, którzy mają potencjał i mają coś do powiedzenia.

Maciek: Zobaczcie, 100 lat temu koledzy powstrzymali bolszewików na rubieżach, też mówi się o Cudzie nad Wisłą oczywiście, ale większość tego wszystkiego działa się właśnie dokładnie na tych terenach, na których 100 lat później Ukraińcy powstrzymują Rosjan. To jest w ogóle jakiś paradoks historii, że cały czas to się wszystko rozgrywa właśnie tam.

Wojtek: A to, co się dzieje, ma wpływ na wszystko i na wszystkich, teraz jeszcze bardziej, bo żyjemy w świecie globalnym. Nagle się okazuje, że jeden kraj w Europie Wschodniej de facto może zburzyć światowy porządek ekonomiczny, wywołać głód w Afryce, że którym może pójść fala emigracji. Nagle zaczynamy sobie uświadamiać jak ten system jest powiązany i połączony. Zobaczymy jak to się dalej rozwinie, cały czas liczymy, że to wszystko się jednak dobrze skończy, że Ukraina się obroni, a my wrócimy tam grać koncerty, wydawać kolejne piosenki i płyty. Tęsknimy za naszymi przyjaciółmi, mamy doświadczenia z trasy z zespołem Antytila, który przecież znany jest w tej chwili na całym świecie z racji odwiedzin Bono i The Edge z U2, którzy zagrali z nimi w metrze, czy Eda Sheerana, który zrobił z nimi piosenkę.

Tak, świat zdecydowanie zainteresował się teraz ukraińską kulturą, a zwłaszcza muzyką.

Wojtek: Ukraińcy są bardzo zdolni i mają naprawdę bardzo szerokie myślenie, a pomimo tego, że z pozoru byli skazani na pożarcie w tym konflikcie, tak dobrze sobie radzą. Potrafili wykorzystać instrumenty propagandy, wojny informacyjnej, memów. Mają przecież specjalne Ukrainian Memes Forces, które po prostu są siłą rażenia w naszej rzeczywistości. A w świecie artystycznym czy w świecie kultury co to oznacza? Potrafią promować swoje marki. Jak wojna się skończy to ich zespoły ruszą w trasę po całym świecie, będą grali wszędzie – w Australii, Argentynie, Brazylii, Kanadzie. I wszyscy będą wiedzieli skąd oni są i dlaczego u nich grają.

Mówiłeś o Antytili, ale podobnie rzecz ma się z Boomboxem, głównie za sprawą utworu Pink Floyd z udziałem Andrija Chływniuka. Swoją drogą, zanim ten cały koszmar się zaczął, mieliście chyba z Boomboxem ruszać w trasę?

Wojtek: Zgadza się. W tym roku planowaliśmy wspólny tour. Zresztą mamy trochę pecha, bo najpierw plany z wydaniem płyty i trasą pokrzyżowała nam pandemia, a byliśmy przygotowani już na kilkanaście festiwali w całej Ukrainie. Potem, gdy powrót do koncertów i festiwalowej rzeczywistości zdawał się być coraz bardziej realny, wybuchła wojna. Właściwie wtedy, kiedy poczuliśmy, że wszystkie puzzle się wreszcie poukładały, kiedy znaleźliśmy rodzaj spokoju między sobą i kiedy udało nam się nagrać najlepszą chyba do tej pory płytę – mam nadzieję, że w przyszłości uda nam się to jeszcze przebić – to nagle całe otoczenie zespołu i okoliczności, w jakich przyszło nam funkcjonować, zmieniły się dramatycznie. Życie wyrównało z nami rachunki i zastopowało nas na 3 lata.

Na koncerty w Ukrainie niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać, choć mam nadzieję, że już niedługo. W Polsce natomiast, tak jak w całej Europie, koncerty i festiwale wracają i to niejako ze zdwojoną mocą. Płyta wydana, może więc szykujecie chociaż jakiś tour po naszym kraju?

Wojtek: Szykujemy cykl koncertów jesienią, wkrótce będziemy je ogłaszali. Wystąpimy na pewno na kilku festiwalach też jeszcze w tym roku – w Gdańsku, Żywcu, Warszawie. Przygotowujemy również pewną niespodziankę, o której jeszcze nie mogę nic powiedzieć. Oczywiście przestrzeń  w wielu innych festiwalach jest dosyć ograniczona, bo wszyscy czekali de facto 2 lata mając zabukowane sloty, dla nas więc nie ma tu za dużo miejsca, żeby się wcisnąć między wielkie tuzy polskiej sceny rockowej. Dostaliśmy także kilka bardzo ciekawych propozycji zza granicy, jeżeli wszystko się złoży, to jest duża szansa na bardzo fajną trasę koncertową w Wielkiej Brytanii wiosną przyszłego roku. No i czekamy na Europę.

A czy są jakieś koncerty, na które czekacie jako fani?

Wojtek: Koncertów jest bardzo dużo w tej chwili, wszyscy do nas przyjeżdżają. Czy czekam na jakiś, nie wiem, trudno powiedzieć. Chyba na razie jesteśmy bardziej sfokusowani na tym, co my musimy zrobić. Pewnie jakbyś zadała mi takie pytanie kilka lat temu, to bym oczywiście powiedział, że Guns N’ Roses, Kiss, Scorpions i cały szereg innych zespołów, Open’er, który ma bardzo ciekawy lineup. Jeszcze przed pandemią zdążyliśmy z Maćkiem być na koncercie KISS w Krakowie i było to wielkie przeżycie dla nas. Byłem też w Stanach na koncercie Gunów, już po tym ich come backu w prawie klasycznym składzie, więc trochę rzeczy już mamy też za sobą.

Chciałabym jeszcze zapytać o okładkę płyty. „The One Inside” opatrzyliście grafiką będącą interpretacją obrazu Tomasza Sękowskiego „Lewitująca”. Okładka do „Something To Believe In” wygląda również jak wariacja na temat jakiegoś dzieła sztuki. Przywołuje mi na myśl skojarzenia częściowo z obrazami Beksińskiego, a częściowo z pracami Storma Thorgersona, głównie tymi zdobiącymi płyty Pink Floyd. Skąd pomysł na taki projekt? I kto jest jego autorem?

Wojtek: Autorem okładki jest Sam Hyles – żyjący w Szkocji  grafik, designer i artysta, przefajny facet. Pierwotna idea i brief kreatywny, wyszedł ze strony naszego managera Sevena Webstera, no a potem już wspólnie szukaliśmy inspiracji. Wydaje mi się, że udało się w  tej okładce uchwycić coś interesującego. Jest tam coś, co chcemy przekazać. Myślę jednak, że każdy powinien ją sobie sam zinterpretować, nie chcę nikomu podpowiadać swoich przemyśleń. Ale też jak popatrzysz na okładki singli, które się ukazują, to zobaczysz, że wszystko jest w tej samej konwencji.

Tak, zauważyłam, że wszystko jest utrzymane w tej samej stylistyce, poza okładką do pierwszego singla.

Wojtek: Zgadza się, „Modern Times” był pierwszy i poszedł trochę odmiennym trybem, natomiast dla całej reszty udało nam się uchwycić wspólną platformę, zarówno wizerunkowo, jak i komunikacyjnie.

A co spowodowało, że akurat te 4 kawałki zostały singlami reprezentującymi płytę?

Wojtek: Trudno powiedzieć, zadecydowała dyskusja z managementem. Pewnie jakbyś zapytała każdego z nas, to każdy z nas by wybrał inne piosenki. Zespół nigdy nie ma racji, bo nie jesteśmy obiektywni w ocenie materiału. To co dla mnie jest najbardziej satysfakcjonujące, to że w recenzjach i komentarzach pozytywne opinie padły na wszystkie utwory z tej płyty, nie ma takiej sytuacji, że jakiś numer jest pomijany. Ludzie, którzy słuchają tego albumu, mają różne preferencje i wybierają swoje ulubione kawałki, niemniej, wszystkie piosenki  w tych wyborach  się przewijają. I to jest super. Czyli coś nam się chyba delikatnie udało.

Powiedziałabym, że więcej niż delikatnie! To na koniec, parafrazując tytuł płyty – „Something To Believe In” – ja wierzę w to, że prędzej czy później będziecie headlinerami największych festiwali na świecie.  A w co wy wierzycie?

Wojtek: Staramy się wierzyć w to, co robimy, staramy się nie poddawać, mimo wszystkich przeszkód i barier, które nas otaczają. Wydaje mi się, że wszyscy artyści przeszli przez taką samą drogę. Na tych, którym się udało, patrzymy przez pryzmat tego, że oni już są tymi, którym się powiodło. Nikt nie patrzy na to, co przeszli, aby znaleźć się na szczycie i  jakim kosztem to się odbyło. Jak się tak potem siada przy piwie z innymi bandami z Polski czy z naszymi zaprzyjaźnionymi zespołami zza granicy, to wychodzi na to, że wszyscy mieli pod górkę. Taki to jest po prostu biznes. Co więcej, rzadko kto wygrywa. Trzeba mieć gigantyczne szczęście, bo nie tylko sfera artystyczna decyduje o tym, że ktoś się przebija. My już to dokładnie wiemy, nie stępiając więc ostrza naszych wysiłków, mamy świadomość, że to, o czym marzymy, wcale nie musi się udać. Ale jesteśmy artystami i bez względu na wszystko nie przestaniemy grać, nie przestaniemy tworzyć. To jest zupełnie niezależne od planów związanych z podbojem świata. To jest po prostu potrzeba serca, duszy, uzewnętrznienia tego, co w nas tkwi i kim jesteśmy, obnażenia się czasami. A to jest ponad całą resztę. Marc LaFrance, nasz przyjaciel z Kanady, z którym wielokrotnie rozmawiałem o tego typu dylematach, zawsze mi powtarzał: „Wojtek, trzeba podążać za sercem i być w zgodzie ze sobą”. Jeżeli robisz to, co kochasz i nawet nie zamienia się to w złoto – bo nie zawsze tak się dzieje – to i tak jesteś szczęśliwszy niż ten, który, choćby i za złoto, jest zmuszony robić to, czego nienawidzi.

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Kaśka Sochacka. Fot. Agata Trafalska
Kaśka Sochacka: Doceniam wszystko, co mi się po drodze przydarzyło (wywiad)