Fot.: mat. prasowe

„Wiedziałyśmy, że tak będzie.” JIMEK i goście: Historia polskiego hip-hopu. Relacja z wydarzenia

Ania Grabowska, Kinga Górska, Magda Żmudzińska

Czy można opowiedzieć historię polskiego hip-hopu w trzy godziny? Można, ale trzeba mieć piękną wizję i wielką misję ukazania młodszym słuchaczom korzeni gatunku, a tym trochę starszym przypomnienia, że obserwowali, a może nawet uczestniczyli w przełomowych momentach rozkwitu polskiego hip-hopu. Wyzwanie podjął Jimek, który nie tylko zinterpretował symfonicznie część legendarnych utworów rapowych, ale też zebrał na jednej scenie wielu artystów, których twórczość jest definicją gatunku.

Radzimir Dębski wraz z orkiestrą i artystami, którzy pojawili się na scenie (a także tymi, których fizycznie zabrakło, ale których utwory mimo wszystko, przynajmniej fragmentarycznie, wybrzmiały w – dodajmy świetnych – aranżacjach instrumentalnych) zabrali nas w niezwykłą, sentymentalną i wzruszającą podróż, w czasie której ta nieco starsza młodzież mogła znów poczuć się jakby miała naście lat, ta młodsza natomiast mogła – pewnie w wielu przypadkach po raz pierwszy – zetknąć się na żywo z artystami, bez których być może nie byłoby ich dzisiejszych idoli.

Na początku show przejęła starsza gwardia, która stopniowo zaczęła oddawać głos młodszym, by następnie znów powrócić do artystów z większym stażem. Ta przeplatanka nie faworyzowała nikogo, lecz ukazała jedność sceny. Jako pierwsi na scenę wyskoczyli panowie ze Wzgórza Ya-Pa 3. Kultowy skład cofnął wskazówki zegara o niemal trzy dekady, serwując publiczności Wzgórze na scenie, Rap Symfonię, Wiele historii, Zabić ten hałas i Korepetycje z języka polskiego

Tuż po kieleckim kolektywie na scenie pojawili się kolejni pionierzy kultury hip hopowej w Polsce – Kaliber 44. Grupa zaprezentowała takie klasyki ze swojego repertuaru, jak: Normalnie o tej porze, Gruby czarny kot, Wena i Film i wypadła po prostu świetnie. Na koniec setu raperzy zwrócili się do publiczności z prośbą o zrobienie hałasu dla Magika, a z głośników wybrzmiało kilka instrumentali Paktofoniki. 

Po Kalibrze scenę przejęła Molesta Ewenement. Legendarny warszawski skład rozgrzał publiczność do czerwoności, co zupełnie nie dziwi. Oprócz Wiedziałem, że tak będzie, którego rzecz jasna nie mogło tego wieczoru zabraknąć, ursynowska ekipa sięgnęła po takie kawałki, jak: Się żyje, Miejskie bagno, Szacunek, Muzykę miasta i Armagedon. Podczas ostatniego numeru do Włodiego, Vienia, Wilka i Pelsona dołączył O.S.T.R. ze skrzypcami. A po tej goścince Ostry wykonał kilka swoich kawałków, wśród których oczywiście pojawił się numer Tabasko. Łodzianin swój występ zakończył nieplanowanym freestylem, będącym jednocześnie swoistym hołdem dla orkiestry.

Po nim na scenę wkroczył Grammatik. Panowie z początku wydawali się nieco onieśmieleni, jednak po genialnym wykonaniu Nie ma skróconych dróg, Świateł miasta i Friko to wrażenie odeszło w niepamięć – chłopaki są w naprawdę świetnej formie. Na koniec występu oddali hołd zmarłemu na początku tego roku Pjusowi.

Po Grammatiku na scenę wskoczyli Pezet i Onar i zaserwowali publiczności chyba największy klasyk z repertuaru Płomienia 81 – Powiedz na osiedlu. Szkoda tylko, że był to jedyny numer, jaki usłyszeliśmy w ich wykonaniu. 

W dalszej części na scenie pojawiło się kilku przedstawicieli młodego pokolenia gatunku, a wśród nich zaprezentowali się Szczyl, Żabson oraz Kizo. Występ tych artystów był dla publiczności odskocznią od dotychczas naszpikowanego klasykami repertuaru, choć niewykluczone, że i któreś z ich bangerów do tego kanonu zaczną być za niedługo również zaliczane. Pierwszy z wymienionych wykonał Bandę, pod którą jak dotąd zgromadził największą liczbę wyświetleń, oraz Hiphopkrytę, z którym w ubiegłym roku raper wystartował z promocją debiutanckiego krążka. Swoboda wykonawcza, naturalność i młodzieńczy błysk to cechy, jakie po występie Szczyla na warszawskim Bemowie przypisywać mu będą nowi słuchacze. Inne zgoła wrażenie pozostawił po sobie Kizo. Mimo że również zaliczany jest do grona młodych zawodników rap gry, to w jego występie zabrakło luzu, do którego przyzwyczaił fanów na swoich koncertach. Żabson z kolei dał popis nowoszkolnej nawijki, przekazując spory ładunek buntowniczego rapu w numerze Młody Boss.  

Niewątpliwie ważnym punktem wieczoru było widowisko, które zafundował zgromadzonym ZIP Skład. Warszawska ekipa najpierw zaserwowała medley utworów takich, jak: Agresja, Ziping, Prawilni, Być sobą i Popatrz, a następnie przypomniała zebranym Śródmieście Południowe, z repertuaru WWO Jeszcze będzie czas oraz Każdy ponad każdym. Poruszający pod wieloma względami występ grupy zwieńczył solowy numer Sokoła – Płaczemy pięścią w stół

Kolejnym zaproszonym kolektywem, który wyszedł na scenę była ursynowska Mor W.A., która przypomniała numery z pierwszej dekady XXI, wśród których nie zabrakło: Unoszę głowę, Dla słuchaczy, Idź za ciosem, B.S.N.T. Na koniec grupa zapowiedziała wydanie nowego materiału. Album ma się ukazać jeszcze w tym roku.

Koncert, którego włodarzem był Radzimir Dębski zdecydowanie stał pod znakiem ekip, które u progu obecnego wieku odcisnęły piętno na rodzimej scenie hip-hopowej. Taką grupą bez wątpienia był także dawno niesłyszany, a zatem i przez wielu bardzo wyczekiwany tego wieczoru Fenomen. Panowie zaprezentowali swoje największe klasyki – Teksty, Ludzie przeciwko ludziom, Szansę i Yelonky, które sprawiły, że większość ludzi zgromadzonych na lotnisku, niezależnie od miejsca pochodzenia i zamieszkania śpiewała razem z grupą: „moje osiedle, na którym mieszkam, to Yelonky, znam je od dziecka”. Po Fenomenie na scenie pojawili się reprezentanci młodszego pokolenia raperów – kultowy już dla wielu PRO8L3M. Duet sięgnął po swoje nieco już starsze kawałki Flary oraz Molly.

Kolejno scenę przejął TEDE, który zrobił prawdziwy show. Rozbujaną pierwszym kawałkiem – Jadę, Jadę – publiczność, rozgrzał do czerwoności kolejnym numerem – klasykiem, którego nie mogło zabraknąć na większości imprez w pierwszych latach nowego tysiąclecia. I szybko okazało się, że wszyscy wciąż – 21 lat później – od deski do deski znają, pamiętają i ochoczo rapują wespół z TDF-em całość tekstu Drin za Drinem. Podobnie rzecz się miała z utworem Ja Mam To Co Ty. Wykonanie przez Tedego tego kawałka, wspólnie z Borixonem i Wojtasem, zatrzęsło całym lotniskiem. Do odśpiewania tego kultowego już numeru Wzgórza Ya-Pa 3 i Warszafskiego Deszczu przyłączyli się chyba absolutnie wszyscy zgromadzeni, bez wyjątku. Prawdziwa wisienka na torcie. 

Podczas koncertu nie zabrakło bardziej lub mniej zaplanowanych niespodzianek. Jedną z nich był występ kobiecego trio WRR, które wykonało singiel Jak zostać raperką z ubiegłorocznej płyty Wyłącz to gówno. Tego wieczoru, choć spóźniony, na scenie pojawił się też Bedoes. Raper wykonał bardzo emocjonujący numer 1998 (mam to we krwi), który otwiera album Opowieści z Doliny Smoków. Kiedy wydawało się, że za moment zgasną światła, ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych orkiestra zaczęła grać utwór Szubienicapestycydybroń i po chwili stało się jasne, kim jest zamaskowana postać siedząca na skraju sceny, która znikąd pojawiła się na niej chwilę wcześniej. Quebonafide wraz z Jimkiem zwieńczyli koncert zbiciem piątek z publicznością i wspólnym kilkukrotnym odśpiewaniem refrenu Quebowego bangera.

Koncert niejednokrotnie porwał tłum, niejednokrotnie zakręciła się słuchaczom łezka. Przypomniał nam o innym wydarzeniu, sprzed kilku lat – Projekcie Tymczasem, którego finał miał miejsce w 2018 roku na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Wtedy na jednej scenie, choć teatralnej, zebrało się kilku przedstawicieli młodego i starszego pokolenia polskich raperów, którzy mieli za zadanie zmierzyć się z repertuarem kolegów z branży. Reinterpretowali oni muzycznie przydzielone utwory, czego rezultaty można do dziś wysłuchać na platformach streamingowych. Oba te wydarzenia: koncert JIMEK & Goście: historia polskiego hip-hopu oraz Projekt Tymczasem pokazują możliwość dialogu i współistnienia, dzięki któremu legenda może być czasem pisana od nowa, a na pewno kontynuowana. 

Historia polskiego hip-hopu według Jimka przeszła już do historii, ale z całą pewnością zapisze się na jej kartach na długo. Bez wątpienia zostawi po sobie ślad nie tylko w pamięci słuchaczy, ale też w muzycznym kalendarzu przełomowych, nowatorskich wydarzeń. Z całą pewnością także będzie wspominana przez lata – zarówno ze względu na skład, jaki zgromadziło to wydarzenie, audytorium, jakie zebrało, czy choćby na jego czas trwania, który wynosił 3,5 godziny. Nie wiemy, czy całość show była rejestrowana i czy koncert kiedykolwiek zostanie wydany, ale bardzo liczymy na to, że tak. I zewsząd dało się słyszeć, że wielu uczestników tego show żywi podobne nadzieje. Takie wydarzenia po prostu trzeba utrwalać.

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Fot. mat. redakcji.
„Od ławki do metaversu” – kosmiczna to była podróż