Patrick Wolf, The Night Safari

Rzeka smutku, rzeka akceptacji. Patrick Wolf powraca EPką “The Night Safari” (recenzja)

Dwanaście lat i dwanaście dni. Dokładnie tyle czasu mija dziś od pierwszego koncertu Patricka Wolfa w Polsce. Pamiętam kartki z napisami Time of My Life podniesione podczas wykonywania tej piosenki, pamiętam brokat w powietrzu podczas Magic Position, przyjaciół spotkanych po latach, tych poznanych zaledwie kilka godzin wcześniej, wzruszenie Patricka i podniosłość tamtego kwietniowego wieczoru.

Historyczne zdjęcie z pierwszego koncertu Patricka Wolfa w Polsce, 6.04.2011; autorką jest Gosia, którą poznałam na Last.fm szukając towarzystwa do wspólnej wyprawy na to wydarzenie

Niedługo później ukazała się płyta Sun☽ark and Riverlight (zawierająca akustyczne wersje wybranych kompozycji artysty), a następnie Patrick Wolf zniknął ze sceny. Nie wydał żadnego albumu od 2012 roku, tłumacząc się wypaleniem oraz problemami natury finansowej i prawnej. Przyznaję – zwątpiłam, że kiedykolwiek powróci. I biję się w pierś.

Powrócił bowiem kilka dni temu za sprawą EPki The Night Safari, i to powrócił w wielkim stylu. Ukłucie bólu, że nie jest to pełen album, zastępują dźwięki, jakie znalazły się na albumie. To dzieło kompletne, przemyślane od początku do końca, niepozbawione jednak dzikości, do jakiej Wolf przyzwyczaił fanów już na swoich pierwszych płytach, Lycantrophy oraz Wind in the Wires

To, co słychać od pierwszych dźwięków, to rezygnacja z elektroniki na rzecz powrotu do mistycyzmu i folku (co w wypadku Patricka Wolfa można nazwać wręcz powrotem do źródeł). Na pierwszym planie w tytułowym The Night Safari mamy więc celtycką harfę, dla której loopy nocnych odgłosów są jedynie tłem. Na Nowhere Game dzieje się dużo; od klasycznego początku przez nieco chóralny refren aż do – odrobinę irytujących, przyznam – sampli okrzyków i monosylab. Utwór jest o tyle ważny, że to właśnie na nim – po raz pierwszy od Wind in the Wires – muzyk sam nagrał partie smyczkowe. Wolf wyzwolił się z opresji przemysłu muzycznego, bezkompromisowo tworząc wyłącznie sztukę, którą sam czuje. Najbardziej zaskakującym na najnowszym wydawnictwie utworem – przynajmniej dla mnie – okazał się najkrótszy Acheron. Zatytułowany na cześć jednej z pięciu rzek Hadesu (zwanej rzeką smutku) obfituje w mnogość elementów z pozornie niepasujących do siebie bajek. Orientalizujące wstawki, szepty, partie niemal wyłącznie fortepianowe… Melorecytacja Patricka w tym utworze zdaje się stanowić jednocześnie punkt kulminacyjny i przerywnik całego albumu. Za każdym razem, gdy słyszę potężne No tide/No tide/No black to blue wiem, że Wolf nie dba o sławę czy pieniądze, a prawdę w swojej twórczości, jakkolwiek trudna by nie była. Dodona wzrusza od pierwszych chwil, jest to jednak wzruszenie skromne, intymne i przywołujące te wszystkie utwory Wolfa, które w sposób niewypowiedziany chwytają za gardło (London, Pigeon Song, Augustine i… ach, jak wiele innych). Płytę zamyka Enter the Day, w początkowych taktach przywodzące na myśl kompozycje Agnes Obel czy Tori Amos. Utwór ujrzał światło dzienne jako pierwszy singiel zwiastujący The Night Safari. Słodko-gorzkie to zamknięcie, nie tylko płyty, ale i pewnego ciężkiego rozdziału. Sam głos Patricka, choć nie stracił swojej zamszowej miękkości, jest bardziej dojrzały. Cała płyta jest zresztą opowieścią o dojrzewaniu – głównie do walki z samym sobą, najtrudniejszej walki w życiu każdego z nas.

THE BOWLINE KNOT (feat. “The Night Safari” + “Nowhere Game”) (źródło: Patrick Wolf)

Mamy tu więc i rozpacz po utracie bliskiej osoby, mamy historię o uzależnieniach i historię odnalezienia drogi do samego siebie. Wszystko to opowiedziane w kompaktowej wręcz formie EPki, na której niewiele rzeczy jest zbędnych i do której niewiele rzeczy można dołożyć. Choć zdaniem niektórych The Night Safari brzmi dokładnie tak, jak mogliśmy się spodziewać po Patricku Wolfie A.D. 2023, to zupełnie się z tym nie zgadzam, a to choćby z prostego względu – nikt nie może przewidzieć przyszłości. Patrick Wolf nie mógł przewidzieć trudnych wydarzeń, które doprowadziły go do miejsca, w którym znajduje się obecnie – miejsca, z którego dźwiękami najnowszego albumu opowiada historię. Swoją historię, w którą nie mamy prawa ingerować; możemy jedynie empatycznie jej wysłuchać w zadumie nad niezbadanymi ścieżkami losu. 

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Fot.: mat. pras. artysty
Rozm-OFF-a: oysterboy − „Dosłownie śpiewam ody do lata”