Iron Maiden – krótka historia „żelaznej dziewicy”, która nigdy się nie zestarzeje

Heavy metal miał często pod górkę z mainstreamem. Znalazł się jednak pewien brytyjski zespół, który od paru dekad włada sercami fanów na całym świecie.

W 2020 dwudziestolecie wydania obchodziła jedna z moich ulubionych płyt Ironów Brave New World. Rocznica zacna i tym bardziej warto powspominać, bo od Wicker Mana rozpoczęła się moja fascynacja zespołem. Bruce Dickinson głos ma niepowtarzalny, ale to tempo gitar elektrycznych i melodyjność utworów spowodowała u mnie chęć na więcej. O ile w przypadku wielu innych zespołów mogłabym wskazać konkretne ulubione płyty, tak w przypadku Ironów, trudno jest mi wybrać tę jedną najważniejszą. Brzmienie zespołu na niemalże każdej płycie ma w sobie wydźwięk klasycznego, elektryzującego grania, które przenosi słuchacza w inny wymiar bytu.

Grupa grająca New Wave of British Heavy Metal została założona w 1975 roku we wschodniej części Londynu, Leyton, przez basistę Steve’a Harrisa. Zespół od początku powstania zmieniał swój skład parokrotnie z różnych powodów, jednakże to dream team w składzie: Bruce Dickinson, Dave Murray, Adrian Smith, Steve Harris oraz Clive Burr w 1982 roku nagrali album The Number of The Beast, który szturmem wdarł się najpierw na brytyjskie, a następnie na amerykańskie listy przebojów. Rozgłos wokół płyty pojawił się nie tylko ze względu na niezwykle utalentowanych muzyków pokazujących swój kunszt, ale i z powodu treści satanistycznych, które rzekomo zespół promował na swojej płycie. Twórcą całego zamieszania wokół rzekomego satanizmu zespołu, oprócz treści liryków, była maskotka Eddie – szkielet z czerwonymi oczami z piekła rodem, która została stworzona na potrzeby  ilustracji do okładki płytowej Ironów. Eddie z czasem zagościł również i na koncertach w formie kukły, dekoracji scenicznej czy maski, którą to przywdziewali członkowie zespołu. 

W 1982 roku w miejsce Clive’a Burra rolę perkusisty w zespole przejął Nicko McBrain, drummer z niezwykłą techniką grania i niesamowitą charyzmą. Był to przełomowy moment w karierze zespołu. Muzycy grali jak naoliwiona maszyna, której elementy idealnie ze sobą współpracują.

Z drugiego albumu wszechczasów The Number of The Beast pochodzi mój ulubiony utwór Halloweed By The Name. Treść utworu mówi o iluzji życia, którą dostrzega skazaniec siedzący w celi śmierci, dywagując nad sensem życia. Liryka utworu jest głęboka, co jednak najbardziej przykuwa moją uwagę, to fragment solówki gitarowej pod koniec  5. minuty utworu  idealnie podkręconej tempem gry. 

Album Piece of Mind z 1983 roku również zawiera utwór, który od wielu lat gości na mojej playliście. The Trooper, bo o nim mowa, nawiązuje do szarży lekkiej brygady podczas bitwy pod Bałakławą mającej miejsce podczas wojny krymskiej, gdzie starły się siły brytyjsko-turecko-francuskie z wojskami rosyjskimi w 1854 roku. Utwór jest istnym kopem energetycznym, któremu charakteru nadają szaleńczo zagrane partie gitar oraz rytmiczna perkusja. To wszystko idealnie odzwierciedla emocje towarzyszące żołnierzowi na polu walki. Wokalista Bruce Dickinson, chcąc podkreślić znaczenie historyczne utworu, zwykł wnosić ze sobą na scenę flagę brytyjską.

Powerslave z 1984 (tym razem z Eddiem wcielającym się w postać egipskiego faraona i mumii), byłby niekompletny bez Aces High – nie wyobrażam sobie, żeby ten utwór mógł nie powstać. I choć nie dane mi było widzieć na żywo ani jednego koncertu z World Slavery Tour, który promował płytę, zawsze chętnie oglądam fragmenty tejże szeroko zakrojonej w skali trasy koncertowej. Ironi rozpoczęli wtedy właśnie trasę koncertem w Polsce. Zespół został przyjęty przez fanów wprost ekstatycznie. Basista Steve Harris przyznał, że przeszły go ciarki, kiedy zobaczył tłum, który zgromadził się na koncert. Zespołowi przyszło również wtedy zagrać na jednym z polskich wesel, co czyni go w zasadzie pierwszym światowym zespołem heavy metalowym, który zagrał na tego typu wydarzeniu.

Z kolei album Somewhere in Time z 1986  roku jest wyjątkowy dźwiękowo ze względu na użycie syntezatorów gitarowych, nadając utworom innowacyjne jak na tamte czasy metody grania. 

Iron Maiden nie ogranicza się jednak w swojej twórczości jedynie do tworzenia perfekcyjnych i nowatorskich płyt. Grając koncerty, grają je z rozmachem, i jest to coś więcej niż zwykły performance – to artystyczne show i pokaz wirtuozerii gitarowej oraz aktorskiej z różnymi historiami w tle, nierzadko z bogatą scenografią. Wokalista Bruce Dickinson, by wzbogacić show, niejednokrotnie przywdziewał rozmaite stroje czy maski, by dodać kolorytu całemu występowi. Członkowie zespołu podczas swoich koncertów zawsze wchodzą w żywą interakcję z publicznością, dlatego też każdy z ich koncertów jest istną bombą energetyczną.  

Dziewiąty studyjny album grupy, Fear of The Dark z 1992 roku, również zapadł mi w pamięć, a to za sprawą utworu o tym samym tytule. Fear of The Dark cechuje charakterystyczna zmiana tempa, a sama treść opowiada o lęku przed ciemnością. Według niektórych źródeł, inspiracją do stworzenia utworu stał się lęk przed ciemnością samego basisty Stevea Harrisa.

O dyskografii Iron Maiden śmiało można by stwierdzić, iż znakomita większość z ich produkcji jest wyśmienita. Utwory skomponowane są w nader precyzyjny sposób, a członkowie zespołu wydobywają z instrumentów to, co najlepsze, tym samym tworząc jedyne w swoim rodzaju brzmienie. Można by się też spierać co do tego, który album jest tym najlepszym. Po nagraniu Fear of The Dark wokalista Bruce opuścił szeregi grupy na parę ładnych lat, a Steve Harris borykał się z problemami w życiu osobistym. Płyta X Factor (1995) i Virtual XI (1998) nagrana z wokalistą Blayzem Bayleyem nie doczekała się aż tak pozytywnego odbioru, jak to było w przypadku poprzednich dokonań.

W swoich wspomnieniach muzycznych często też wracam do albumu Brave New World z 2000 roku, który kojarzyć się może wielu z wielkim powrotem wokalisty Bruce’a Dickinsona oraz gitarzysty Adriana Smitha. Zespół nagrał wtedy płytę „na trzy gitary”. Kompozycje okazały się być nader udane. Dwa utwory są moim zdaniem szczególnie warte uwagi, i są to Wicker Man i Blood Brothers. Wicker Man, choć to utrzymany w szybkim tempie heavymetalowy klasyk, tekstowo przedstawia obraz zdeprawowanego społeczeństwa pełnego egoistów. Dla przeciwwagi Blood Brothers, to stonowana ballada rockowa skomponowana przez Steve’a Harrisa po śmierci jego ojca, w której autor zastanawia się, czym jest życie i dlaczego jednych spotyka samo szczęście, drugich zaś dotyka pasmo samych nieszczęść.

Ironi grali też na niezliczonej liczbie festiwali, w tym m.in. na: Rock in Rio w Brazylii, Monsters of Rock w Wielkiej Brytanii czy Wacken Open Air w Niemczech. Faktem jest, że Iron Maiden jest klasykiem muzyki heavymetalowej i należy do jednych z najwybitniejszych przedstawicieli swojego gatunku.  Grywali z największymi i sami do nich należą. Queen, AC/DC, Ozzy Osbourne, Kiss – to tylko parę przykładów na to, do jak elitarnej grupy artystów zalicza się Iron Maiden. Po ponad 40 latach na scenie i kilkudziesięciu albumach, Iron Maiden wciąż zadziwia swoich fanów niewyczerpanym pokładem energii i charyzmy. Ciekawym jest fakt, iż grono fanów Iron Maiden zasilają coraz młodsze pokolenia. Ich muzyka jest ponadczasowa, klasyczna, wykwintna, a ich albumy jak wino – im starsze, tym lepsze.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
fot. Zuza Sosnowska
Pozory: „Gramy w otwarte karty” (wywiad)