Audioslave - Audioslave, okładka płyty
Audioslave - Audioslave, okładka płyty

Audioslave. Ogień wiecznie żywy. (recenzja)

Gdy zgodnie z tradycją do urodzinowego, specjalnego wydania Strony B postanowiłyśmy wziąć na warsztat płyty, które w 2022 roku skończyły 20 lat, miałam nie lada kłopot z wybraniem jednego, szczególnie ważnego dla mnie krążka. Po dość szybkim researchu okazało się bowiem, że mam co najmniej kilku pretendentów do tego tytułu. Ostatecznie, po wielu wewnętrznych bataliach, wybór zawęziłam do dwóch albumów – drugiej solowej płyty Jerry’ego Cantrella – Degradation Trip oraz debiutanckiego, wydawnictwa grupy Audioslave (self-titled). Jerry Cantrell jest jednym z najważniejszych dla mnie artystów, a jego macierzysty band – Alice In Chains – jednym z najważniejszych dla mnie zespołów. Dlaczego zatem, jako ten najważniejszy krążek, finalnie zdecydowałam się wskazać Audioslave? Powodów jest kilka.

First things first. Podczas gdy Degradation Trip – w dniu premiery zadedykowana przez Cantrella zmarłemu 2 miesiące wcześniej frontmanowi AiC, Layne’owi Staleyowi – była dla mnie przepiękną, przepotężną, poruszającą i wzbudzającą wiele emocji, ale jednocześnie w jakimś sensie ostateczną, rozliczającą, przypieczętowującą bezpowrotną stratę płytą, Audioslave nakręcała mnie jakąś trudną do jednoznacznego zdefiniowania, ale z całą pewnością pozytywną energią, dawała bliżej nieokreśloną nadzieję. Podczas gdy Degradation Trip było zamknięciem pewnego rozdziału, Audioslave rozpoczynało zupełnie nowy etap. Podczas gdy dla Layne’a nie było już powrotu, Chris zdawał się zawracać znad przepaści. Sam zresztą wielokrotnie podkreślał, że ten projekt uratował mu życie. I chyba rzeczywiście tak było.

Przełom XX i XXI wieku był dla Chrisa Cornella dość trudnym okresem. Co prawda na rynku ukazała się wówczas pierwsza solowa płyta artysty, ale w życiu prywatnym mierzył się on z kilkoma poważnymi kryzysami, w tym z ciężką walką z wyniszczającym uzależnieniem. Dla Rage Against The Machine wejście w nowe millenium również nie było pozbawione turbulencji. Zack de la Rocha opuścił szeregi zespołu, a pozostali jego członkowie nie bardzo wiedzieli, co dalej.

Ostatecznie na początku 2001 roku Tom Morello (gitara prowadząca), Tim Commerford (bas, back-up vocal) i Brad Wilk (perkusja) zdecydowali o rozpoczęciu poszukiwań nowego wokalisty. Kilku przewinęło się w rozmowach, paru jammowało nawet z całą trójką, w tym B-Real z Cypress Hill, ale na tych niezobowiązujących próbach zawsze się kończyło. Co warte podkreślenia, wbrew rozpowszechnionym i powtarzanym nawet czasem do dziś informacjom, Layne Staley nigdy nie brał udziału w przesłuchaniach do tego projektu. Tom Morello zdementował w 2015 roku, za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych, tę obrosłą w legendę pogłoskę. Kluczowym dla znalezienia nowego wokalisty okazał się być przyjaciel zespołu, producent muzyczny Rick Rubin. To on podsunął grupie osobę Chrisa Cornella. Gdy panowie spotkali się z byłym frontmanem Soundgarden, chemia pomiędzy całą czwórką – jak sami później wspominali – była od razu widoczna. Tom Morello tak opisał to doświadczenie: „(Chris) podszedł do mikrofonu i zaśpiewał piosenkę, a ja nie mogłem w to uwierzyć. To nie tylko brzmiało dobrze. Nie tylko brzmiało świetnie. To brzmiało transcendentnie.” I moim zdaniem ta chemia jest wyraźnie słyszalna i wyraźnie wyczuwalna we wszystkich kompozycjach Audioslave. Jest też zresztą rzeczywiście coś nieskończonego i nadrealnego – w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu – w wokalu Cornella.

Wiadomość o powstaniu nowej supergrupy – bo tak zaczęto ich określać zanim jeszcze w ogóle zdążyli zabrać się do nagrań – zelektryzowała środowisko muzyczne i fanów na całym świecie. Choć wśród przynajmniej części z tych drugich, news ten budził też pewien niepokój. Jedni zastanawiali się, czy Chris zacznie rapować, inni czy RATM pójdzie w kierunku grunge’u, a oba scenariusze, dla obu obozów – najzagorzalszych wielbicieli Cornella i grupy Morello –  wydawały się być trudne do przyjęcia. Na szczęście obawy jednych i drugich okazały się zupełnie bezpodstawne. Z połączenia tych dwóch żywiołów powstała bowiem wybuchowa mieszanka czegoś zupełnie nowego.

Trudno jednoznacznie zdefiniować brzmienie Audioslave. Z całą pewnością nie jest to Rage Against The Machine i równie pewnie nie jest to Soundgarden. A jeśli już chcielibyśmy zastosować jakieś umiejscowienie tej mieszanki dźwiękowej w czasie, to myślę, że zdecydowanie bardziej pasowałyby tu odniesienia do hard rocka lat 70., niż do lat 90. – dekady, na której brzmienie zarówno zespół Cornella, jak i RATM,  mieli przecież ogromny wpływ. Muzykę Audioslave określiłabym chyba najprędzej jako hybrydę zarówno hard-rockowej, jak i alt–rockowej stylistyki przekroju lat 70./80./90., z domieszką Rhytm&Bluesa, a także odrobiny funku.

Na debiutanckim krążku grupy – wydanym 18 listopada 2002 roku w Wielkiej Brytanii, 19 listopada 2002 w USA, nakładem Epic Records i Iterscope Records – znajdziemy 14 utworów, które stanowią eklektyczną, a jednocześnie spójną mieszankę zarówno potężnych, głośnych, mocnych rockerów, jak i bardziej stonowanych, niezwykle melodyjnych kompozycji. Płytę otwiera wybuchowy, wykorzystujący potencjał obu „macierzystych” zespołów supergrupy, ale jednocześnie też nie nawiązujący do ich dziedzictwa bezpośrednio Cochise. Ten osadzony na ciężkim, mięsistym riffie i pulsującej sekcji rytmicznej numer był jednocześnie pierwszym singlem reprezentującym wydawnictwo. Trzeba przyznać, że było to spektakularne wejście. Co ciekawe, kawałek pierwotnie zatytułowany był Save Yourself , ale ostatecznie przyjął nazwę Cochise na cześć wodza Apaczów. Pytany o tytuł Tom Morello miał odpowiadać: „Cochise the Avenger, nieustraszony i zdecydowany, atakował wszystko na swojej drodze z nieokiełznaną furią”, dodając, że piosenka „trochę tak brzmi”. Trudno się nie zgodzić.

Przeciwwagę dla tego kawałka stanowił drugi singiel – Like a Stone. To dziś już chyba flagowy, najbardziej znany utwór grupy. Z drugiej strony nie ma co się dziwić – ta przejmująca spowiedź starszego, pogodzonego z i właściwie czekającego na śmierć człowieka, jest obezwładniająca. Like a Stone odbiera się każdą komórką swojego ciała. Poruszający, pełen emocji wokal Cornella na tle w zasadzie prostych, ale jakże zapadających w pamięć, melancholijnych riffów (i tej solówki Morello!!! ) wchodzą pod skórę i zostają tam już na zawsze. Nie sposób pozostać obojętnym wobec tej piosenki.  

Kolejne single to znów przeplatanka mocniejszych utworów, z delikatnymi kompozycjami. Już samo intro do Show Me How To Live sugeruje, że ponownie będzie to szybka przejażdżka. Morello z Commerfordem robią idealny podkład dla wokalu Cornella, który zaczyna dość uwodzicielsko, by w refrenie wykrzyczeć niemal (Komu? Światu? Bogu? Rodzinie? A może bardziej metaforycznie – komuś, kto pomógł odnaleźć artyście drogę powrotną?) : „Dałeś mi życie, teraz pokaż mi, jak żyć”. Nie tylko brzmieniowo, ale także lirycznie, to jeden z mocniejszych kawałków na płycie, pozostawiający dość szerokie pole do interpretacji. Czwarty w kolejności singiel – I Am The Highway – to znów powrót do bardziej stonowanego klimatu, o nieco podobnych wibracjach do Like A Stone. Ten w warstwie muzycznej przepełniony tęsknotą numer, oferuje też jeden z najpiękniejszych tekstów. Znamiennym zdaje się być tu także fakt, że to właśnie pod tym tytułem zorganizowano w 2019 roku w Los Angeles (2 lata po śmierci Chrisa) niezwykle wzruszający I Am The Highway – Chris Cornell Tribute Concert, w którym udział wzięli zarówno byli członkowie Audioslave, Soundagrden, Temple Of The Dog, jak i wiele innych znakomitych artystów i po prostu przyjaciół – m.in. Foo Fighters, The Melvins, Metallica, a także rodzina – Redemption Song zaśpiewała, wespół z Ziggy Marley, Toni Cornell – młodsza z córek nieodżałowanego wokalisty. Piątym i ostatnim singlem wydawnictwa był kawałek What You Are – brzmieniowo balansujący pomiędzy klasycznym rockerem a spokojną balladą. Utwór zaczyna się niespiesznie, ale wyraźnie głośniejsza sekcja rytmiczna i brzęczący w tle gitarowy riff zdają się sugerować, że w refrenie dynamika ulegnie znacznemu przyspieszeniu. Co rzeczywiście po mniej więcej minucie następuje. Wyśpiewywane przez Chrisa w refrenie wersy: “Now I’m free from want you want / Now I’m free from what you need / Now I’m free from what you are” to ponownie jeden z moich ulubionych tekstów na płycie. Czy słowa tej piosenki można interpretować jako prztyczek w nos całej branży i prasy muzycznej? Nie wiem, ale lubię tak o tym myśleć.

Poza tymi pięcioma singlami na albumie znalazło się jeszcze 9 utworów, które również stanowią dobrze wyważoną mieszankę zarówno mocniejszych uderzeń (prawdziwie eksplodujący, zaczepny i w tym wszystkim dumny Exploder, o świetnym, jednonutowym outro; zapalający Gasoline – z tym fenomenalnym momentem w środku, gdzie gitary, lekko tylko pobrzmiewając w tle ustępują miejsca perkusji, która wysuwa się na pierwszy plan jako wsparcie Cornella; nieco funkujący, ale jednocześnie pełen rock n’ rolowej ekspresji Light My Way; czy Set It Off – jeden z moich faworytów, w którym dobrze wyeksponowany jest bezsprzeczny i ogromny talent Tima Commerforda), jak i kołyszących kompozycji (relaksujący Gateway Car czy zamykający płytę, The Last Remainig Light). Mamy też 3 numery balansujące gdzieś pośrodku – esperymentalne (zwłaszcza w partiach gitarowych) Hypnotize (mniej) i Bring Em Back Alive (znacznie bardziej) oraz mój ukochany (obok Like A Stone – wiadomo) – Shadow On The Sun. To kawałek z tych, które są dla mnie „piosenkami drogi” – świetnie sprawdzają się w podróży, gdy mkniesz przed siebie autem, prosto w stronę zachodzącego słońca. Właściwie, jak się tak zastanawiam, to rzeczywiście – najczęściej słucham tego utworu w samochodzie, oczywiście nucąc delikatnie razem z Chrisem zwrotki, by za chwilę wespół z nim rozwinąć się w refrenie i po chwili wyciszyć się przy stanowiących balsam dla duszy partiach instrumentalnych. Pod koniec utworu naturalnie nie odmawiam sobie przyjemności poruszania głową i pobębnienia palcami o kierownicę do coraz bardziej przybierających na sile gitar i perkusji oraz do wydania z siebie, razem z Chrisem, tego ostatniego, przenikliwego krzyku. W razie gdyby tekst ten czytał ktoś, komu przyjdzie razem ze mną podróżować, uspokajam, że takie popisy wokalne daję tylko w samotności. No stress. ; )

Warto wspomnieć też o okładce albumu, zaprojektowanej przez Storma Thorgersona, jednego z członków grupy artystycznej Hipgnosis, który odpowiada za stworzenie jednych z najbardziej ikonicznych okładek w historii rocka – w swoim portfolio ma prace nad grafikami do większości albumów Pink Floyd. Tworzył także dla Petera Gabriela, Dream Theater i Biffy Clyro. Okładka Audioslave przedstawia ujęcie postaci przypatrującej się „wiecznemu płomieniowi”, wyrosłemu pośrodku jakiejś wyjałowionej, górzystej, niemal księżycowej przestrzeni. Instalacja artystyczna została umieszczona na należącej do Hiszpanii, wulkanicznej wyspie Lanzarote (zwanej wyspą… księżycową, a jakże). Jak mówił sam artysta: „Wiedzieliśmy, że zamierzamy umieścić tę graficzną ideę wiecznego płomienia na Lanzarote, wulkanicznej wyspie, ponieważ wulkany idealnie odzwierciedlały zagrożenie, jakie ​​wylęgało się z Audioslave”. I ja to kupuję, w całości.

Album spotkał się z całkiem dobrym przyjęciem wśród fanów, za to z mieszanym przyjęciem wśród krytyków i dziennikarzy. Spotkałam się gdzieś nawet z określeniem, że Audioslave to “najmniej lubiana supergrupa na świecie”. I chyba – jeśli oceniać poprzez pryzmat prasy muzycznej – rzeczywiście coś w tym jest. Jedną z opinii, która najbardziej zapadła mi w pamięć, była ta ukuta przez Johna Robinsona z brytyjskiego magazynu NME: “Sadly, it seems that with ‘Audioslave’ these people who were involved in some very exciting rock records in the 1990s, now seem happy to be making some bad ones from the 1970s.” Oczywiście zupełnie się z nią nie zgadzam. No, prawie zupełnie. Bo choć w istocie słyszę tu pewne nawiązania do epoki lat 70., to z całą pewnością nie są to reminiscencje najgorszych wydań rzeczonej dekady. Przeciwnie. Z czym natomiast zgodzić się mogę, to z tym, że zespół wydawał się być szczęśliwy mogąc realizować ten projekt. Każdy miał szansę sprawdzić się w nieco innej formie, a to zawsze jest bardzo ożywcze.  Rage Against The Machine mieli szansę zabłysnąć w tym w numerach, które są subtelniejsze, tak bardzo odmienne od ich zespołowych dokonań.  I doskonale się w tym odnaleźli. Chris Cornell miał szansę sprawdzić się również w nieco innym środowisku. Wszyscy przy okazji udowodnili, że po prostu są świetnymi artystami, jednymi z najlepszych.  Pokazali jednocześnie, że nie są niewolnikami swojego sukcesu – nie muszą kontynuować tradycji RATM czy Soundgarden, aby tworzyć rzeczy wielkie.

Na koniec ciekawostka – Audioslave zagrali swój pierwszy koncert na Wyspach Brytyjskich podczas 1. Edycji Download Festival – 1.06.2003 roku. Chociaż nie mieli być tu headlinerami, ostatecznie – po nagłym odwołaniu swojego występu przez Limp Bizkit – wskoczyli na pozycję głównej gwiazdy drugiego dnia festiwalu. Koncert, tak samo jak wydany kilka miesięcy wcześniej krążek grupy, spotkał się z mieszanymi recenzjami dziennikarzy i świetnym przyjęciem przez publiczność. Jestem prawie pewna, że jako reprezentantka obu grup, osobiście byłabym nim zachwycona. Królestwo za możliwość zweryfikowania tej tezy! W tym roku Downlod Festival obchodzi 20-lecie, a ja – po raz pierwszy – mam szczęście i możliwość w nim uczestniczyć. I choć raczej nie mam co liczyć na to, że za sprawą jakiegoś magicznego wehikułu czasu, gdy stanę pod główną sceną i zamknę oczy, po ich otwarciu zobaczę Toma Morello, Brada Wilka, Tima Commerforda, ani tym bardziej (niestety) Chrisa Cornella, to ogromnie cieszy mnie ta perspektywa i niesamowicie doceniam tę sposobność. Być może nie zobaczę Audioslave na żywo, ale na pewno będę tam o nich myśleć. Bo rozpalony ich debiutanckim albumem „wieczny ogień” w moim sercu wciąż się pali.

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Grey Daze, The Phoenix, album cover
Grey Daze: The Phoenix. Z miłości do…