The Freuders, fot.: M. Jakubowski
The Freuders, fot.: M. Jakubowski

The Freuders: “Albo skaczemy z klifu, albo zatrzymujemy się przed skarpą” (wywiad)

Ania Grabowska, Magda Żmudzińska

Na początku pandemii wydali drugi długogrający album zatytułowany Warrior. Czy rzeczywiście są wojownikami? Wielka czwórka z Warszawy: Tymon Adamczyk, Olek Adamski, Maciek Witkowski i Piotr Wiśnioch tworzą skład The Freuders, który nie poddaje się tak łatwo… klasyfikacjom. Stołeczna grupa zakorzeniona jest w różnych odcieniach rocka – tych ostrzejszych (prog metalu, psychodeli) i tych łagodniejszych (rocka alternatywnego) przyprawionych melodyjnymi ścieżkami wokalu. Zespół zaznaczył swoją obecność na tak znaczących polskich festiwalach, jak choćby: Męskie Granie, Soundrive czy Cieszanów Rock Festiwal, doczekał się także publikacji na łamach zagranicznych mediów i emisji swoich numerów na antenach międzynarodowych stacji radiowych. Lepiej grać po polsku czy po angielsku? O tym między innymi opowiedzieli nam Tymon i Piter – członkowie zespołu, z którymi porozmawiałyśmy przed ich marcowym występem w klubie Chmury w Warszawie.

Magda: Wasza ostatnia płyta ukazała się w trudnym okresie pandemii, nie mogliście promować jej trasą koncertową. Jak z perspektywy zespołu oceniacie powrót do grania na żywo czy lockdown rozbudził w ludziach głód koncertów? Przychodzi więcej osób niż przed dwoma laty? A może to nie uległo zmianie, za to zwielokrotniła się energia wyzwalana przez publikę?

Piter: Pandemia rozleniwiła ludzi i oduczyła ich wychodzenia z domu. Właściwie przez ostatnich kilkanaście koncertów, które zagraliśmy, widzimy stopniowy powrót do względnej normalności, ale istnieje ryzyko, że to będzie długa droga. Gdy rozmawiamy z właścicielami lokali i klubów – oni też nie są w stanie czasem przewidzieć lub zaplanować wydarzeń. Przed pandemią było wiadomo, że jeżeli 200 osób jest zainteresowanych danym wydarzeniem, to przyjdzie 150. Teraz to jest loteria.

Tymon: Na koncertach pojawiają się za to coraz częściej tzw. ultrasi, którzy pokonują przeszkody, aby udać się na koncert, ponieważ chcą doświadczać muzyki i płynącej z niej energii na żywo. Mieliśmy taką sytuację w Nidzicy, że przyjechała na nasz koncert wspaniała para, którą poznaliśmy w Olsztynie na jesiennej trasie. Gdy przyjechali zobaczyć się z nami ponownie – dosłownie – wyrywali barierki. O takich ludzi walczymy, dając z siebie wszystko na każdym koncercie. Super jest żyć marzeniem, że oto muzyka rockowa zawojuje duże sale koncertowe. Wiemy, że najpierw musimy przejść drogę przez te mniejsze kluby i lokale. Pokażę Wam później prezent, jaki dostaliśmy od fana, który jest na wszystkich naszych gigach. To jest coś fantastycznego, bo dzięki temu wiemy, że budujemy społeczność, która zostanie z nami na lata. Niezależnie od okoliczności.

Piter: Miejmy nadzieję, że ta tendencja nadal będzie wzrostowa, bo chyba każdy ma z tyłu głowy to, że społecznie może wydarzyć się sporo.

Tymon: Ale zostawmy to – jesteśmy tu dziś po to, żeby grać, bawić się i cieszyć się chwilą.

Tymon, klub Chmury, 06.03.2022, fot.: M. Jakubowski

Magda: Powiedzieliście, że nie gracie zbyt popularnej muzyki. I rzeczywiście, przez wiele lat rock był w odwrocie zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie macie jednak takiego poczucia, że to cięższe granie przeżywa teraz swój renesans?

Piter: Tak, ale u nas jeszcze nie na taką skalę. Niemniej granie gitarowe wraca, ale ta fala bardziej nadciąga z zachodu, niż jest kwestią lokalnych uwarunkowań.

Tymon: Nie ukrywam, że mam lekki kłopot ze zdefiniowaniem, czym jest nowa fala „muzyki gitarowej”, bo o ile muzyka metalowa miała silną pozycję przez długi czas, to teraz wieszczę jej powolny schyłek. Co innego bardziej przystępne gitarowe granie. Tu z dużym prawdopodobieństwem czeka nas renesans i wiele ciekawych projektów ze świeżą energią. Gdzie znajdziemy w tym siebie? Zobaczymy. Idziemy konsekwentnie swoją drogą, choć bywają skręty stylistyczne, np. nieco więcej elektroniki pojawiło się na ostatniej płycie, ale to nie jest coś, co dominuje muzycznie – są to bardziej dodatkowe warstwy w przestrzeni muzycznej. Niektóre zespoły decydują się na nagłą woltę stylistyczną o 180 stopni i to jest ok – jeśli to szczerze czują, niech to robią. Fani to zwykle zrewidują. Kto jednak ma prawo narzucania artyście, jaką muzykę ma nagrać na płycie X, a jaką na płycie Y? Myślę, że jeśli ktoś ma unikalny styl, to on w pewnym momencie obroni się sam niezależnie od formy. Z istotnych zwrotów akcji to, co zmieniło się ostatnio w naszej muzyce to fakt, że zaczynamy nagrywać numery po polsku.

Ania: Dlaczego właśnie teraz się na to zdecydowaliście?

Tymon: Przyznaję, że pisanie po polsku do tej pory było dla nas pewną blokadą, a naiwnie wierzyliśmy, że to nie ma większego znaczenia w uniwersalnym języku muzyki. Często słyszeliśmy od różnych osób z branży: „chłopaki, super muza, świetna koncertowa energia, tylko piszcie teksty po polsku, bo nikt w Polsce nie zrozumie przekazu”. Dzisiaj na koncercie będziecie miały okazję usłyszeć kilka świeżynek, przedpremierowych, i jestem ciekawy, co powiecie po koncercie.

Magda: Teoretycznie po polsku powinno być łatwiej pisać teksty utworów, ale niekoniecznie tak jest. Język angielski jest jednak dużo bardziej plastyczny.

Tymon: Pod kątem rytmu i melodii zdecydowanie łatwiej jest pisać teksty po angielsku. Pod kątem melodii język polski paradoksalnie nie jest tak prostym językiem, jak mogłoby się wydawać. Myślę, że kluczowe jest to, aby nie zakładać sobie, o czym chcesz napisać, tylko – zabrzmi to bardzo banalnie – znaleźć „to coś”, co prowadzi historię. To jak z wymyślaniem melodii – gdy pojawia się puls w postaci rytmu, chwilę później pojawia się naturalnie wklejona melodia, a wtedy słowa same zaczynają się pisać. Nigdy w życiu nie napisałem tekstu z taką intencją, że tu będzie to, tam będzie tamto, itd. Zwykle pojawiają się pojedyncze zdania, czasem najpierw refren i dopiero potem zaczynam dokładać kolejne klocki. To bardziej wynika z ciągłej repetycji – śpiewania w głowie, powtarzania jak mantry i zastanawiania się, jak ja się z tym czuję, jakie emocje mną kierują i jak je przekazać dalej.

Ania: To wszystko, o czym powiedziałeś wcześniej, to jest ogromny problem artystów w Polsce. Raz, że właśnie takie niedookreślenie, bycie pomiędzy, powoduje to, że jednak na każdym kroku się gdzieś potykasz, że zamykają przed tobą różne drzwi. A dwa, od śpiewania w Polsce po angielsku, które jeszcze kilka lat temu było dość popularne, w ostatnim czasie zaczęło się odchodzić. I teraz panuje jednak trend pisania w naszym rodzimym języku. Wy nagraliście na anglojęzycznej płycie jeden numer po polsku, z Żurkowskim, który też – przewrotnie – zatytułowaliście in English. Czy to jest jakiś  prognostyk, zamierzacie przejść do tworzenia jednak w języku polskim?

Tymon: Myślę, że częściowo rozwiązałyście zagadkę. Dwa utwory o podobnych tytułach – Anamnesis I i Anamnesis II – znajdowały się na wcześniejszych wydawnictwach. I chcieliśmy, aby ten utwór z Żurkowskim był ostatnim numerem na płycie, żeby klamrą zamknął pewien okres. Aktualnie nagrywamy na tyle eklektyczny materiał, że trudno jest mi powiedzieć, czy to nie będzie zaskakujący „multikulti” mix. Może się np. okazać, że ktoś z nas zaśpiewa piosenkę w jidysz jako ostatnią. Kolektywna twórczość jest procesem dynamicznym, a dzięki temu ekscytującym. Chcielibyśmy na pewno, aby na najbliższym wydawnictwie język polski dominował. Patrząc na żywiołowe reakcje na przedpremierowe numery, umożliwi to przeżycie większych emocji słuchaczom i to jest spory kredyt, który mamy wobec nich, gdy przychodzą na sztukę. Dla mnie, jako dla autora tekstów, jest to spore wyzwanie. I biorę na klatę to, że to ja byłem głównym blokerem, z powodu którego do tej pory tych tekstów po polsku nie było. Doszliśmy jednak w pewnym momencie do takiej ściany, że stwierdziliśmy: albo skaczemy z klifu, albo zatrzymujemy się przed skarpą i tkwimy w ciepłej strefie komfortu. Nie chcę stać w miejscu, ani tym bardziej śpiewać cudzych tekstów, dlatego uznaliśmy z chłopakami, że jedziemy z tym „Polskim Gównem” ( * BTW odniesienie do filmu Tymona Tymańskiego ).

Magda: Z tego, co mówisz, możemy wywnioskować, że myślicie już o kolejnym albumie?

Piter: Nie tylko myślimy, ale właściwie go robimy.

Tymon: Kilka utworów jest już skończonych i jesteśmy w trakcie nagrywania poszczególnych ścieżek. Pozostałe są w powijakach. Część muzyczna, rytmiczna, melodyczna praktycznie jest już poskładana, ale wiecie od momentu powstania pomysłu na numer do jego nagrania jest jeszcze długa droga. Nie chcę podawać konkretnych terminów, ale na przestrzeni wiosny i lata chcielibyśmy podzielić się dwoma singlami. Kolejne miesiące przyniosą kolejne dawki z naszego obozu.

Ania: W nawiązaniu jeszcze do tego anglojęzycznego grania, to niedawno spotkałam się z takim żywym przykładem. Na pewno kojarzycie Margaret. W jednym z wywiadów powiedziała, że odkąd zaczęła pisać po polsku, to na koncertach odczuwa zupełnie inną energię, bo ludzie razem z nią śpiewają jej piosenki. Wcześniej grała takie bardzo komercyjne kawałki, więc publika dobrze je znała, ale mimo wszystko na koncertach ich nie śpiewała, ewentualnie to był jakiś jeden wers.

Piter: To też nie jest taki zabieg, że musimy to koniecznie zrobić, bo nas nie będą puszczać, grać itd. To jest zupełnie coś innego. Chcemy poeksperymentować, teraz jesteśmy już, powiedzmy, w połowie tworzenia nowych utworów w studio i one na pewno będą w większości po polsku. Wyjdą raczej jako single, ponieważ odbiorcy są przyzwyczajeni do wielu, szybkich bodźców i nie zawsze mają czas, aby skupić się na słuchaniu płyty składającej się z 8-10 utworów. Aktualnie pójdziemy raczej w single, raczej w EP-ki.

Tymon: Dziś spore znaczenie dla odbiorcy mają też efekty wizualne. Wiele opowieści da się bardziej zawrzeć w formie audiowizualnej, niż tylko w muzycznej. Wcześniej nie przywiązywaliśmy aż takiej wagi do tego, natomiast od EP-ki wydanej przed ostatnią płytą stwierdziliśmy, że już same teledyski czy oprawa na koncertach to są tak istotne elementy, że nie możemy ich absolutnie odpuścić. Prosty przykład – wozimy ze sobą oświetlenie, które zrobiliśmy sami. W zasadzie panowie zrobili. Spędzili kilka wieczorów i znaleźli metodę na perfekcyjne oklejenie lampek ledowych, które podczas koncertów robią wspólnie z dymem niesamowitą robotę. Gdziekolwiek nie gramy, obsługa koncertu oraz inne zespoły pytają nas, gdzie je kupiliśmy, gdzie je można zamówić.

Piter: Gdyby więc kiedyś się tak zdarzyło, że trzeba będzie rzucić granie i otworzyć jakiś biznes, to założymy manufakturę. (śmiech)

Magda: Zawsze dobrze jest mieć plan B. (śmiech). Pisanie po polsku ma na pewno wiele plusów, ale z anglojęzycznymi tekstami macie też większą szansę wyjść poza nasz kraj. Wiem, że Wasza płyta dotarła do różnych zagranicznych rozgłośni.

Piter: Tak, ale to jest cholernie trudne. Jeżeli nie masz kogoś, kto dalej pociągnie temat, to wyjście za granicę jest trudniejsze niż zaistnienie tu w Polsce. Nasza płyta, szczęśliwie, rzeczywiście poszła do kilku fajnych miejsc na świecie (takich, do których byśmy się nie spodziewali, że w ogóle możemy kiedykolwiek trafić ). Od Skandynawii, przez Bałkany, niepopularną teraz Rosję, Japonię. Po Australii też gdzieś śmigała.

Tymon: To było całkiem zabawne, bo zajarał się nami chłopak z radia w Australii i poprosił o przesłanie płyty. I to była trochę abstrakcyjna sytuacja, bo koszt wysyłki fizycznego egzemplarza był dwa lub nawet trzy razy większy od ceny samego albumu. Warto wspomnieć, że pisanie nowych numerów po polsku nie powoduje automatycznego zamykania się wyłącznie na Polskę. Powiem Wam w słodkiej tajemnicy, że usiłuję zrobić w miarę wierne transkrypcje tekstów z angielskiego na polski (i odwrotnie) właśnie po to, żeby działać dwutorowo. Jeżeli np. będzie potrzeba zagrania w Pradze czy Berlinie, żeby mieć tekst angielski, jeżeli lokalnie – polski. To nie będzie transkrypcja 1:1, bo tego się nie da zrobić, aby zachować sens i rytm. Bardziej chodzi o to, żeby do jednego utworu muzycznego mieć dwa osobne teksty, które zachowują artystyczny sens.

Piter, klub Chmury, 06.03.2022, fot.: M. Jakubowski

Ania: To może być ciekawe i dobre zagranie. Chętnie usłyszymy znane już nam kawałki z nowym, alternatywnym tekstem. Pozostając jednak jeszcze przy Waszej ostatniej płycie – dotarłyśmy do takiej informacji w kontekście tytułu i okładki albumu Warrior, że były one poniekąd „samospełniającą się przepowiednią w kontekście strajku kobiet”.

Piter: Tak się akurat złożyło, to prawda, ale absolutnie nie było zamysłu stworzenia takiej płyty, która będzie używana przez nas czy przez innych do celów pozamuzycznych i niesiona na sztandarach.

Magda: Domyślam się, ale jeśli już mielibyśmy odczytywać symbolicznie tę okładkę, nawiasem mówiąc fantastyczną…

Piter: Angelika Korzeniowska ją robiła, pozdrawiamy serdecznie.

Magda: … to ja bym powiedziała, że dziś dla mnie ona jest uosobieniem walczącej Ukrainy. Kim dla Was jest ta wojowniczka?

Tymon: Super, że poruszacie ciekawy temat, który rzadko pojawia się w wywiadach. Przyznaję, że może brzmi to jak czarna magia, ale zarówno sama okładka, jak i teksty z Warriora, częściowo spełniły się fizycznie w świecie niczym przepowiednia. Ta okładka mogłaby się wpisywać teraz w ten nieco postapokaliptyczny klimat. Bardzo mocnym impulsem blisko dwie wiosny temu było to, żeby ta silna, niezależna kobieta, stała na tle dostrzegalnych zniszczeń. Był przez chwilę taki pomysł, żeby ona była inspirowana Harley Quinn z Legionu Samobójców – w złotej kurtce, z bejsbolem, idącą nocą przez śpiące miasto. Ostatecznie daliśmy pełną wolność Angelice i każdy może interpretować ten obraz na swój sposób. To też Wam zostawiam. Sporo tekstów z ostatniej płyty okazało się przepowiedniami. Sam się boję, co się wykluje się fizycznie z tych utworów, które piszemy aktualnie. Mamy jeden utwór, który miał nie być zaangażowany politycznie, a jak na złość okazało się, że przez aktualne wydarzenia zaczyna on przyjmować bardzo wymowny przekaz. Nie chciałbym użyć stwierdzenia protest song, ale rzeczywiście ma taki symboliczny wymiar.

Piter: Ja mam nadzieję, że nie znielubimy swojej własnej płyty przez to, że ona się robi taka zaangażowana. Nie chciałbym, spoglądając na okładkę, mieć przed oczami tych wszystkich obrazów…

Tymon: Nikt z nas nie chce też skończyć jak Paweł Kukiz. (śmiech)

Piter: To raz, a dwa, chodzi mi o te obrazy, które dzieją się za granicą. A powoli tak to zaczyna właśnie wyglądać. Aczkolwiek no, musimy się z tym zmierzyć. Oby to wszystko, prędzej niż później, dobrze się skończyło.

Magda: Powiedzieliście w jednym z wywiadów, że „ten materiał wymyka się prostym rockowym szufladkom, ale pozostaje przy tym przystępny dla słuchacza bez podstępnych zarzutów o sprzedanie się i emanowanie komerchą”. Co spowodowało, że na przestrzeni ostatnich kilku lat, zwłaszcza na albumie Warrior, postanowiliście rozjaśnić nieco brzmienie?

Piter: Rzeczywiście ten przekaz nie jest już tak mroczny.

Tymon: Zasada jest prosta. Jeśli ktoś przychodzi na koncert rockowy, to po to, żeby coś przeżyć. Jeśli chce wsiąść na rollercoaster, to prawdopodobnie chce znaleźć się na samym szczycie i za chwilę dosięgnąć dna. I o to nam chodzi, że dosięgasz ze słuchaczem czasem bardzo mrocznych rewirów zwykle inspirowanych własnymi przeżyciami, a potem chcesz się znaleźć bardzo wysoko, gdzie odczuwasz ekscytację: wow, zajebiście, jest impreza. Sam byłem na kilku takich koncertach, które dawały właśnie taką paletę emocji i sam chciałem też móc dawać to innym. Wydaje mi się, że brakowało nam takich utworów, które nie są brutalnym kopnięciem, a bardziej chwytaniem za barki i mówieniem: teraz masz chwilę, baw się, korzystaj. Nigdy nie wiesz, czy to nie jest twoja ostatnia chwila w ogóle – nikt z nas nie wie. Dziś chcę zagrać ten koncert tak, jakby to był ostatni koncert w życiu. I o to w tym właśnie chodzi.

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Kolory, fot.: Artur Kuś
KOLORY: „Dajemy słuchaczom wskazówki i wolność ich interpretacji”