fot. Ljubov Dzuzhynska

Maski, cienie i blaski. Jonathan Bree na koncercie w Gdańsku (relacja)

“Jak oni (w tym) śpiewają?” – pomyślałam, gdy pierwszy raz ujrzałam Jonathana Bree i jego świtę. Stylizację na lata 60. można jak najbardziej zrozumieć, ale pokryte spandexem twarze, bez żadnych otworów na oczy czy usta…? Musiałam to usłyszeć na żywo, a okazja nadarzyła się zaledwie kilka tygodni po moim zachłyśnięciu się płytą “Sleepwalking”. Bree zawitał do Polski na dwa koncerty, a jeden z nich odbył się w Trójmieście (co nie zdarza się zbyt często podczas tras koncertowych zagranicznych artystów).

Gdańskie venue, czyli stoczniowy klub Drizzly Grizzly, idealnie pasował do nastroju tej pierwszej majowej soboty – trochę zblazowany, modny i niezobowiązujący. Dziwić mógł brak supportu, jednak widocznie Bree nie znalazł nikogo, kto podzielałby jego muzyczne fascynacje na tyle, aby wystąpić przed nader ciekawym nowozelandzkim składem. Kwadrans po godzinie dwudziestej na scenie pojawił się więc Jonathan Bree w towarzystwie gitarzysty, basisty, perkusisty (okazjonalnie pogrywających na dzwonkach i klawiszach) oraz dwóch psychodelicznych tancerek (okazjonalnie pogrywających – bądź udających – na fletach prostych). Podczas tego koncertu nic nie było pewne. Czy artyści (poza Jonathanem) rzeczywiście grali, czy wykorzystywali playback? Czy mówione wstawki były wykonywane na żywo, czy nagrane wcześniej? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi… 

Coś nowego, coś starego

Setlista została ułożona przede wszystkim z uwzględnieniem najnowszego albumu, Pre-Code Hollywood, który ukazał się niecały miesiąc wcześniej. Na otwarcie wieczoru usłyszeliśmy więc Epicurean, nie zabrakło również tytułowego utworu z najnowszej płyty (ciekawostka: nawiązującego do krótkiej, acz dość bezpruderyjnej epoki amerykańskiego kina) czy rozpoczynającego krążek City Baby. Miłym akcentem była zamiana angielskiego na polski podczas dialogu toczącego się na początku Destiny. “No cześć, co tam?” zabrzmiało chyba jeszcze bardziej flirciarsko niż w oryginale. Bree uraczył nas również największym szlagierem, You’re So Cool, na który czekali chyba wszyscy (wnioskując po nagrywanych filmikach, zagęszczeniu pod sceną czy entuzjastycznych okrzykach publiczności). Wykonane utwory brzmiały dokładnie tak jak na albumach i wygląda na to, że w tym tkwi ich urok.

Słodkie, cukierkowe teksty o miłości, wyśpiewane głębokim głosem i ozdobione specyficznym, pozornie nieskoordynowanym tańcem dwóch zamaskowanych niewiast może nie odmieniły niczyjego życia, jednak z pewnością umiliły weekend wszystkim obecnym podczas koncertu. Ogólnego nastroju relaksacyjno-sentymentalnego nie zepsuły nawet mrożące krew w żyłach akcenty, gdy jedna z tancerek przypadkiem uderzyła koleżankę drewnianą pałeczką.

Nie będę siliła się na górnolotne wnioski i przemyślenia z tego koncertu. Rozczarowała mnie minimalnie jego długość, bo z zegarkiem w ręku trwał godzinę i minutę. Biorąc jednak pod uwagę heroiczny wysiłek, jakim musi być śpiewanie w masce, bez możliwości zaczerpnięcia głębszego oddechu czy wzięcia łyka wody, czas trwania tego wydarzenia zaczyna być w pełni zrozumiały (a na pewno wybaczalny). Było miło, przyjemnie, popowo, z przymrużeniem oka. Jonathan Bree pozwolił mi na chwilę oderwać się od szarej codzienności i problemów oraz zespolić z tłumem osób o podobnej wrażliwości muzycznej. Czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi w tak zwanej muzyce rozrywkowej…?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

About Zeen

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej wpisów
Hybryda doskonała